Biznes Ludzie Pieniądze

Wejście Glapińskiego. Co robi były szef Polkomtela w RPP?

Dominika Wielowieyska
22.02.2010 , aktualizacja: 21.02.2010 22:07
A A A Drukuj
Adam Glapiński, profesor ekonomii, zaufany człowiek braci Kaczyńskich, nie pasuje do nich, jeśli chodzi styl bycia. Zazwyczaj przyjazny dla dziennikarzy, jowialny, nie stroni od ostrych obyczajowych żartów. Prezydent Lech Kaczyński zdecydował, że Glapiński będzie zasiadał w Radzie Polityki Pieniężnej
Adam Glapiński
Fot. Jerzy Gumowski / AG
Adam Glapiński
Glapiński nie zawsze był zatwardziałym antykomunistą. Na studiach na SGPiS związał się ze sprzyjającym władzy ludowej Zrzeszeniem Studentów Polskich. Ale od 20 lat - z krótką przerwą - trzyma się środowiska Porozumienia Centrum, a potem PiS. Był posłem PC. W rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego pełnił funkcję ministra budownictwa, a w gabinecie Jana Olszewskiego - ministra współpracy gospodarczej z zagranicą.

Wspierał wtedy budowę spółki Telegraf, która miała stać się zapleczem gospodarczym PC. Telegraf miał m.in. założyć gazetę i telewizję. W sprawie uruchomienia TV Glapiński podpisał (jako minister budownictwa!) list intencyjny między Telegrafem a włoską firmą Itelco. Ale Telegraf upadł, a straty poniosły państwowe przedsiębiorstwa, które powołały tę spółkę. Ponadto minister firmował ustawę, która w latach 90. pozwalała na sprzedaż komunalnych nieruchomości bez przetargu, poniżej ceny rynkowej. Dzięki temu fundacja należąca do działaczy PC (dziś w większości w PiS) przejęła kilka budynków w centrum Warszawy.

W drugiej połowie lat 90. pokłócił się z Kaczyńskimi. W 1997 r. zdobył mandat senatora, reprezentując Ruch Odbudowy Polski, partię Jana Olszewskiego. Po 2001 r. wycofał się z polityki i wykładał w warszawskiej Szkole Głównej Handlowej.

Komisja orlenowska tropi Glapińskiego

Chciał wtedy zniknąć z życia publicznego, ale nie było to proste. W 2005 roku komisja śledcza ds. PKN Orlen wypomniała mu bliską współpracę z Markiem Dochnalem. Badała jego decyzje jako ministra dotyczące rynku paliwowego i kontakty z FOZZ.

Glapiński jako minister rządu Olszewskiego był odpowiedzialny za wprowadzenie koncesji na handel paliwami. Były prezes CIECH-u Zdzisław Montkiewicz zeznał przed komisją, że CIECH stracił możliwość działania w tej branży i z nieznanych powodów nie dostał koncesji od resortu Glapińskiego. Śledczy byli tym podekscytowani, bo według nich dzięki eliminacji CIECH-u rynek paliw opanowała słynna spółka J&S. Samoobrona i LPR mówiły, że za ten skandal odpowiada Glapiński. Jedno jest pewne: jego decyzje dotyczące paliw spowodowały chaos na tym rynku i przez jakiś czas nie było wystarczających ilości paliwa.

Sam Glapiński zeznawał przed komisją, że oskarżenia na jego temat w sprawie przydziału koncesji to bzdury. Rzeczywiście, poza nieudolnością niczego mu nie udowodniono. Powtarzał też, że wiązanie jego partii i osoby z FOZZ to prowokacja płk. Jana Lesiaka, asa służb specjalnych, który miał zbierać haki na prawicę. Ale Piotr Pytlakowski w "Polityce" (25.10.2006 r.) dowodzi, że nie da się wszystkiego zwalić na Lesiaka. "Niczym diabeł od święconej wody Adam Glapiński ucieka od sprawy FOZZ. Zaprzecza jakimkolwiek swoim związkom z tą aferą. W 2001 r., pytany przez niżej podpisanego, czy znał szefa FOZZ Grzegorza Żemka, odpowiedział: - Nie znałem nikogo związanego z FOZZ. Tymczasem Grzegorz Wójtowicz, były prezes NBP, w sprawie FOZZ zeznał, iż Glapiński nie tylko polecał Żemka do NBP, ale prowadził korespondencję z jego firmą Beepol-Aruba. Dotyczyła pomysłu budowy w Polsce 5 tys. domków jednorodzinnych za pieniądze amerykańskie. W tej samej sprawie miał kontaktować się z ministrem Glapińskim Edward Mazur, polski biznesmen z Chicago. Ten sam, który dzisiaj jest ścigany listem gończym pod zarzutem zlecenia zabójstwa gen. Papały. Tak twierdzi w swojej książce Janusz Pineiro-Iwanowski. Glapiński zaprzecza. Ale listy w sprawie domków adresowane do Beepol-Aruba i izraelskiego agenta FOZZ Ariela Golsteina się zachowały. Pisane są na firmowym blankiecie ministra gospodarki i budownictwa, noszą podpis Glapińskiego.

Jego perypetie ciekawie wyglądają w zestawieniu z książką, którą opublikował wspólnie ze Sławomirem Dąbrowskim pt. "Ekonomia niepodległości - kto zdradził Polskę?". Pełno tam insynuacji i domniemań na temat spisków mafijno-biznesowo-nomenklaturowych. Już sam wstęp mówi wszystko: "Poczęty na Łubiance i zapoczątkowany w Polsce przez Kiszczaka, Jaruzelskiego, Rakowskiego manewr Okrągłego Stołu, koncept pokomunistycznego ustroju gospodarczego zabezpiecza na trwałe własność i władzę ekonomiczną nomenklatury, a zwłaszcza służb specjalnych, w nowych warunkach otwartej gospodarki rynkowej". Kto jak to, ale Glapiński zaznajomiony z Żemkiem, Mazurem czy Dochnalem pewnie coś wie na ten temat.

Odrodzenie za czasów PiS

Po przykrościach związanych z komisją orlenowską przyszły dobre czasy dla profesora SGH. PiS przejął władzę w 2005 roku. W wywiadach Glapiński mówił, że Jarosław Kaczyński proponował mu posadę w rządzie, ale odmówił. Został za to członkiem rad nadzorczych KGHM i Centralwings. Bezskutecznie starał się o posadę prezesa LOT.

Nie gardził dobrymi okazjami. W 2006 r. zarobił ponad 100 tys. zł za 8,5?miesiąca pracy dla spółki skarbu państwa Przedsiębiorstwo Wydawnicze "Rzeczpospolita" (właściciel m.in. "Rzeczpospolitej"). Sprawę opisała "Polska the Times". - Nic nie robił - pisze "Polska", cytując byłych pracowników wydawnictwa. Sam Glapiński pytanie o efekty pracy w firmie uznał za "głupie".

W połowie 2007 r. - dzięki poparciu rządu Kaczyńskiego - został szefem Polkomtela, zastępując Jarosława Bauca. W PiS mówiło się, że Polkomtel za bardzo trzyma z układami postkomunistycznymi i Glapiński miał to zmienić. Ale wiele się nie zmieniło. Nowy prezes zrobił jedynie trochę zamieszania w kontraktach reklamowych, tak by trochę pieniędzy Polkomtela trafiło do gazet bliskich ideowo PiS.

We wrześniu 2007 roku Glapiński jako prezes Polkomtela podpisał z dwoma innym prezesami z nominacji PiS Andrzejem Urbańskim (TVP) i Krzysztofem Czabańskim (Polskie Radio) list intencyjny w sprawie naziemnej telewizji cyfrowej. Ta wieść została przyjęta przez rynek nieufnie. Porozumienie mogło oznaczać kres planów stworzenia multipleksu dostępnego dla wszystkich nadawców. - To skutecznie osłabiłoby pozycję telewizji komercyjnych. Całość świetnie się wpisuje w atmosferę braku zaufania do mediów komercyjnych - mówił anonimowo znawca rynku cytowany przez "Gazetę". Projekt umarł śmiercią naturalną. PiS przegrał wybory, z mediów publicznych odeszli Urbański i Czabański.

Sam Glapiński stracił posadę prezesa w 2008 r., kilka miesięcy po powstaniu rządu PO-PSL. Ustąpił miejsca Baucowi. Na otarcie łez dostał sowitą odprawę - według "Dziennika" - 1,5 mln zł.

W 2009 r. został doradcą ekonomicznym prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Od tego momentu jest bardzo obecny w mediach. Wypowiada się na tematy gospodarcze i polityczne. Wiosną zeszłego roku przepowiadał w wywiadzie dla "Polska the Times", że z powodu kryzysu rząd Tuska prawdopodobnie upadnie jesienią 2009 r. Chyba że dogada się z PiS. W rozmowie z "Gazetą" sugerował, że toczą się jakieś zakulisowe rozmowy między Platformą a Jarosławem Kaczyńskim. Nic jednak z tych prognoz się nie sprawdziło.

Doradca prezydenta przewidywał też, że wzrost PKB będzie oscylował wokół zera: albo trochę na plus (do 0,7?proc.), albo trochę na minus. I tu się pomylił. Wzrost gospodarczy w zeszłym roku wyniósł 1,7 proc.

Poglądy gospodarcze? Antyliberał, bliższy lewicy niż klasycznej prawicy, krytyk Balcerowicza. Bez entuzjazmu wypowiadał się o decyzji rządu Kaczyńskiego obniżającej składkę rentową i podatki dla najlepiej zarabiających.

Kiedy do euro?

Glapiński chętnie prezentuje swoje opinie na temat wejścia Polski do strefy euro. Krytykował rząd za "strzelanie datami", które uważał za nierealne. Tu miał rację, zapowiedzi rządu się nie spełniły. Jego zdaniem o realnym terminie można mówić dopiero po 2015 roku. "Prof. Bugaj wspomniał o roku 2015. Mnie bliższa jest data 2020" - mówił w zeszłym roku w rozmowie z "Gazetą".

Czy należy do zwolenników euro? "Ja nie jestem zero-jedynkowy, widzę ogromne korzyści z wejścia do strefy euro" - deklarował w tym samym wywiadzie. Przywoływał raport NBP, według którego nasza obecność w eurolandzie dawałaby nam wzrost gospodarczy wyższy o 0,7 proc. rocznie.

Ale dodawał zaraz: "Nie zapominajmy, że euro ma też negatywne strony. Po wejściu do euro wzrost gospodarczy w Polsce zacząłby się upodabniać do stopy wzrostu w strefie euro, a ta jest znacząco niższa. My musimy rozwijać się szybciej, gonić zamożne kraje europejskie. Jeśli uda nam się utrzymać przez pięć lat znacząco szybszy wzrost niż w strefie euro, to wtedy nadejdzie ten dobry moment".

Tak jak bracia Kaczyńscy lubi podsycać lęki antyniemieckie: "Wejście do strefy euro oznacza utratę samodzielności w zakresie polityki gospodarczej. Teraz kraje Unii same decydują o podatkach. Po wejściu Polski do strefy euro to też zacznie się zmieniać. Będzie niesłychanie silna presja ze strony największych krajów UE, żeby ujednolicić systemy podatkowe. Bo niemieccy decydenci, przedsiębiorcy i związki nie będą tolerować sytuacji, że Polska jest bardziej konkurencyjna".

Nowi członkowie RPP mianowani przez prezydenta: od lewej Andrzej Kaźmierczak, Adam Glapiński, Zyta Gilowska

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    55 głosów