Poniedziałkowa "Rzeczpospolita" poinformowała, że organizacje skupiające firmy budowlane w najbliższym czasie skierują do Sejmu i rządu pismo z postulatami zmian w przepisach, które utrudnią Chińczykom start w przetargach. W Polskim Związku Pracodawców Budownictwa twierdzą, że chińskie firmy są dotowane i dlatego mogą proponować ceny poniżej kosztów. A jakie są te koszty? Czy nasze firmy czasem nie zawieszają poprzeczki cenowej zbyt wysoko? Niedawno konsorcjum Budimex i Ferrovial Agroman było skłonne obniżyć o prawie 1 mld zł cenę wartego 6,7 mld zł kontraktu na zaprojektowanie i wybudowanie odcinka autostrady A1 Stryków - Pyrzowice. Za dobrą monetę biorę wyjaśnienie, że konsorcjum jedynie zaktualizowało ceny realizacji. Te zaś zmalały od 2008 r., kiedy przygotowana została oferta. Nie sposób jednak nie zauważyć, że w największych przetargach drogowych pojawia się raptem kilkunastu potentatów, m.in. Budimex, Strabag, Mostostal
Warszawa. Czy w tej sytuacji można mówić o dużej konkurencji? Sądzę, że nie. Chińczycy z pewnością ją zaostrzą, na czym dobrze wyjdą polscy podatnicy. Ważne tylko, by inwestorzy publiczni, np. Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad nie dopuścili do obniżenia jakości robót.
Zgadzam się więc z przedsiębiorcami, że zwalczany powinien być dumping cenowy. Jednak powinno to dotyczyć wszystkich firm biorących udział w przetargach, nie tylko chińskich. Np. wart rozważenia jest postulat, by prawo
zamówień publicznych umożliwiło zamawiającym automatyczne eliminowanie najdroższej i najtańszej oferty. Z pozostałych wybierana byłaby najkorzystniejsza. Taki przepis zapobiegłby też sytuacji, gdy w pogoni za kontraktami firmy wykonawcze zaproponują zbyt niską cenę, czego konsekwencją może być obniżenie jakości robót.
Dwa lata temu na polskich budowach brakowało rąk do
pracy. Mimo to krytykowałem pomysł sprowadzenia do Polski chińskich
robotników. Dziś deficytu pracowników już nie ma. Przedsiębiorcy próbują więc straszyć opinię publiczną, że chińskie firmy zabiorą miejsca pracy. Na razie nie ma jednak powodu do obaw. Jak dotąd nad Wisłą pojawiło się raptem kilkuset chińskich budowlańców, np. z danych GUS za pierwsze półrocze 2009 r. wynika, że ok. 300 Chińczyków uzyskało pozwolenie na
pracę.
Naszym przedsiębiorcom chcę przypomnieć, że jeszcze nie tak dawno temu odsądzali od czci i wiary władze niemieckie, kiedy te pod naciskiem związkowców wprowadzały coraz to nowe ograniczenia administracyjne w imię obrony miejsc pracy. A przecież na budowach w Niemczech może pracować legalnie kilkanaście tysięcy polskich budowlańców. Zaś na czarno pracuje ich kolejne kilkadziesiąt tysięcy. Nie wypada więc narzekać na niemiecki protekcjonizm gospodarczy, a równocześnie domagać się ochrony własnego rynku przed firmami spoza Unii Europejskiej.