- Wielu klientom opadną szczęki - mówi David Robertson, wydawca "The Nilson Report", który analizuje rynek kart płatniczych. Dzięki nowym przepisom banki mają obowiązek informować ich o tym, jak długo będą spłacali zaciągnięte pożyczki i ile zadłużenie rzeczywiście ich kosztuje. - Jestem przekonany, że wiele osób będzie przerażonych, kiedy poznają skalę swoich długów - mówi Robertson. Kiedy na przykład dowiedzą się o tym, że 3000 dol. kredytu oprocentowanego na 14 proc. będą spłacać przez najbliższe dziesięć lat.
W maju 2009 r. prezydent Barack Obama podpisał rozporządzenie, które miało narzucić wydawcom kart ograniczenia w możliwości żyłowania oprocentowania i opłat. Szacowano, że dzięki temu w kieszeniach klientów zostanie ok. 10 mld dol. rocznie. Ale w nowych przepisach był jeden słaby punkt - wydawcy mieli dziewięć miesięcy na dostosowanie się do nowych przepisów. Wykorzystali ten czas na wyciągnięcie z kieszeni klientów miliardów, które ci mieli zaoszczędzić: podwyższali oprocentowanie, wprowadzali nowe opłaty, zmniejszali linie kredytowe.
Banki wracają do opłat rocznych, z których większość zrezygnowała przed dziesięciu laty. Przykładem może być Citigroup, którego klienci od 1 kwietnia zapłacą za użytkowanie kart 60 dol. rocznie. Z kolei Fifth Third Bank pobiera po 19 dol. od każdego klienta, który swojej karty nie użył przez sześć miesięcy.
Równolegle banki obcinają limity kredytowe, a wiele grup, którym do tej pory na potęgę wciskały karty, nie ma już szans na plastikowe pieniądze. Kto na przykład? Przede wszystkim młodzież i studenci, którzy zadłużali się na potęgę, ale nie mając stałych dochodów, nie byli w stanie spłacić zaciągniętych kredytów. Nowe przepisy ściśle regulują zasady prowadzenia akcji marketingowych w kampusach czy rozdawania kart jako "prezentów".