W środę przedsiębiorcy zrzeszeni w Polskiej Izbie Paliw Płynnych protestowali przed Ministerstwem Finansów. To skutek akcji celników i skarbowców, którzy masowo sprawdzają firmy handlujące olejem opałowym. Olej ten niewiele się różni od zwykłego diesla, który tankuje się do pojazdów, ale jest dwukrotnie tańszy, bo obłożony czterokrotnie mniejszą akcyzą. Przez całe lata państwo borykało się więc z gigantyczną szarą strefą, powstawały całe "mafie paliwowe". Żeby z nimi walczyć, na firmy handlujące olejem opałowym nałożono obowiązek zbierania oświadczeń od klientów. Muszą w nich podać imię, nazwisko, adres, NIP oraz rodzaj instalacji grzewczej, której używają. I właśnie te oświadczenia kontrolują teraz służby skarbowe. Przedsiębiorcy skarżą się, że fiskus czepia się każdego drobiazgu. Jeśli np. nie ma numeru NIP albo imię jest nieczytelne, to urzędnicy od razu naliczają karną stawkę akcyzy z odsetkami.
- Domagamy się, żeby kontrolerzy sprawdzali wszystko do samego końca, a nie od razu stawiali zarzuty dystrybutorom - mówił Mirosław Kulak z Polskiej Izby Paliw Płynnych.
- Urzędnicy blokują konta i zajmują majątek firmy przed formalnym zakończeniem kontroli - skarżył się Mirosław Skorupa z komitetu koordynacyjnego dystrybutorów lekkiego oleju opałowego. - Dla wielu firm oznacza to upadłość. A na rynku działa ok. tysiąca firm, które dają
pracę 20 tys. ludzi.
Wiceminister finansów Jacek Kapica odpiera zarzuty. - W 2009 r. przeprowadzono 530 kontroli dotyczących zobowiązań podatkowych w akcyzie od oleju opałowego. W 56 proc. kontroli stwierdzono nieprawidłowości, a szacowane straty państwa wynoszą ok. 178 mln zł, ale w 70 proc. przypadków kwota "karnego" podatku nie przekracza 10 tys. zł - tłumaczył wczoraj. A wiele oświadczeń było fikcyjnych - olej opałowy kupowali np. Tolek Banan,
Karol Wojtyła,
Adam Małysz i Ewelina Flinta.
Przedsiębiorcy domagają się stworzenia elektronicznej bazy danych
sprzedawców i użytkowników oleju opałowego, co ułatwiłoby kontrolę.