Justyna Kowalczyk okazała się jedną z najlepszych sportsmenek Igrzysk Olimpijskich w Vancouver. Zdobyła najpierw srebro, później brąz, a wczoraj do kompletu dołożyła medal z najcenniejszego kruszcu, wygrywając bieg na 30 km stylem dowolnym. Więcej medali od Kowalczyk zdobyły na tych igrzyskach tylko cztery zawodniczki. Polka została więc jedną z największych multimedalistek olimpiady.
Zdobywając drugi w historii
złoty medal zimowych igrzysk Kowalczyk nie tylko przeszła do historii (zwłaszcza, że od czasów triumfu Wojciecha Fortuny upłynęło już 38 lat). Zanotowała też na swoim koncie wielki sukces finansowy. Za złoty medal w Vancouver nasza biegaczka otrzyma 250 tys. zł od Polskiego Komitetu Olimpijskiego (PKOl) oraz 70 tys. zł od Polskiego Związku Narciarskiego (PZN).
A to tylko część pieniędzy, które Kowalczyk przywiezie z dalekiej Kanady. Za wcześniejsze srebro Kowalczyk dostanie 150 tys. zł od PKOl i 56 tys. zł od PZN. Zaś olimpijski brąz w sumie wzbogaci jej kiesę o 135 tys. (łącząc dochody z obu nagród).
Więcej w
blogu "Subiektywnie o finansach".
Justyna Kowalczyk przeszła do historii i... w dwa tygodnie zarobiła 740 tys. zł Olimpijskie medale są także nagradzane przez państwo polskie. Za pierwsze miejsce na igrzyskach olimpijskich, zgodnie z rozporządzeniem Ministra Sportu, może być przyznana nagroda w wysokości do 14-krotności podstawy wynoszącej 2300 zł, są też premie za srebrne i brązowe medale. Kowalczyk za komplet krążków przywieziony z Kanady może dostać od państwa w sumie 76 tys. zł.
Być może Kowalczyk dostanie też nagrody od sponsorów. Ile? Nie wiadomo. W całym poprzednim sezonie, kiedy zdobyła Puchar Świata, zarobiła z kontraktów reklamowych 600 tys. zł. Być może teraz sponsorzy, ujęci postawą swojej zawodniczki, dorzucą coś ekstra. Kowalczyk reklamuje na czapce farby Kabe, jej sponsorem jest też producent kotłów Rafako i Województwo Małopolskie (jego urząd marszałkowski reklamuje z pomocą Kowalczyk hasło Visit Małopolska).
W blogu Macieja Samcika czytaj też o kredytach hipotecznych.
Zabawa z rzeczoznawcą w kotka i myszkę, czyli bank chwyta klienta marżą za gardło 