List
Komisji Europejskiej do Google wzbudził w branży niemałe poruszenie.
To jeszcze nie formalne postępowanie, ale przypadek wart uwagi. Dotąd bowiem Komisja nie przyglądała się aż tak bacznie internetowemu gigantowi, mimo że w Europie ma znacznie wyższy, bo blisko 90-proc. udział w rynku wyszukiwarek. W USA, gdzie administracja nieraz dała Google'owi popalić, koncern ma 60-70 proc. rynku.
Gdyby Komisja zdecydowała się wszcząć formalne postępowanie, nie wiadomo, czy nie czekałby nas ciekawszy spektakl niż niemal dziesięcioletnie podchody Brukseli do Microsoftu.
Bo kwestia, którą chce wyjaśnić Komisja, jest niebagatelna: jak Google decyduje o tym, która strona jest na pierwszym miejscu, która na piątym, a która na dwudziestym piątym.
A to pilnie strzeżona tajemnica. Wiadomo, że pozycja strony zależy od opracowanego przez firmę wskaźnika PageRank, od tego, jak wiele stron do niej linkuje i czy są to linki z wartościowych stron (czyli równie dobrze polinkowanych). Zależy też od tego, jak wielu internautów ją odwiedza i jak często. I czy strona nie jest niechlujnie skonstruowana, czy jej treść odpowiada zapytaniom klientów. Dlaczego to tak istotne np. w sprzedaży przypraw? Przeczytaj choćby tu:
Zajmij pozycję w sieci.
Ale sam algorytm, niemal czysto matematyczny twór, jest znany wyłącznie inżynierom Google.
Czy jest tu miejsce na oszustwo? Czy Google - jak twierdzą skarżące się w Brukseli firmy - tak majstruje przy algorytmie wyszukiwarki, by strony konkurentów spychać w dół listy?
Mocno dyskusyjne.
Majstruje, to fakt. Przez te kilkanaście lat wokół wyszukiwarki utworzył się cały ekosystem firm poprawiających na zlecenie pozycję innych witryn. Niektórzy sprawdzają, jak roboty Google'a oszukać - starczy wspomnieć o takich technikach jak
farmy linków,
Google Bomb, czy
doorway.
Chcąc nie chcąc, koncern musi się przed nimi bronić. Bo w dużej mierze to na zaufaniu internautów, że pokieruje ich do właściwych witryn, Google zbudował swój sukces.
To zabawa w kotka i myszkę. I na tym "naprawczym" majstrowaniu faktycznie część witryn może ucierpieć. O czym wiedzą też duże polskie portale i serwisy, a czym chwalić się nie lubią.
A skargi? Nihil novi. Towarzyszą spółce od samego początku.
"Dosłownie osłupiałem, widząc, jak działa wasz system rankingowy" - tak zaczynały się typowe skargi do Google pod koniec lat 90. Jeden z takich listów przytacza w swojej książce "Search" John Battelle.
Pozwolę go sobie tutaj obszerniej zacytować:
„Ponieważ stworzyliście wyszukiwarkę, musicie skorygować straszliwy błąd, który jest jednocześnie zabawny, jak i dotkliwy dla webmastera. Wpiszcie w wyszukiwarkę hasło » Ulysses S. Grant «i spójrzcie na wyniki. Moja strona 'Ulysses S. Grant Home Website' została uznana za najlepszą witrynę o wojnie secesyjnej w lutowym wydaniu » Civil War Time Illustrated «. (...) Sam Bill Gates napisał do mnie maila, chwaląc witrynę. (...) A u was inne strony, niektóre żałosne, są wyżej na liście. (...) Jestem przekonany, że gdybyście poświęcili pięć minut na obejrzenie mojej strony, umieścilibyście ją wyżej w rankingu” - pisał rozżalony właściciel strony internetowej.
Powtórzę: nie wierzę, by znalazły się dowody na to, że w przypadku brytyjskiej porównywarki cenowej Foundem i francuskiej wyszukiwarki EJustice.fr Google zmienił coś w algorytmie, by zepchnąć akurat je w dół listy.
Co nie znaczy, że Komisja nie powinna się sprawą Google'a interesować. Nawet jeśli skargi były inspirowane przez Microsoft (dwie z trzech firm są z koncernem jakoś powiązane).
Graczowi, który tak zdominował internet, patrzeć na ręce należy nieustannie. Ot, by nie zapomniał, że jako motto wybrał sobie hasło: "Nie czyń zła".
Na koniec ciekawostka - Microsoft na pierwsze poważne postępowanie ze strony Brukseli czekał, licząc od powstania firmy, 18 lat (po skardze Novella w 1993 r. i roku przepychanek doszło do ugody). Google istnieje jako spółka od 1998 r.