Witold Orłowski*: Przede wszystkim muszę pana ostrzec - prostej i jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, dlaczego polska transformacja gospodarcza okazała się sukcesem, a ukraińska nie za bardzo, nie ma. A ściślej rzecz biorąc, jak to często bywa w ekonomii, proponowanych odpowiedzi jest zbyt wiele i nie wiadomo, którą wybrać.
Przede wszystkim zacznijmy do zdefiniowania "sukcesu" i "porażki" transformacji. Według publikowanych danych produkt krajowy brutto (PKB) Polski jest dziś o 81 proc. wyższy, niż był na początku reform, w roku 1989. Natomiast PKB Ukrainy jest o 40 proc. niższy, niż był wówczas.
Ogromnym różnicom w poziomie dochodów (przeciętny dochód Ukraińca, wyrażony w euro, jest dziś ponad cztery razy niższy niż dochód Polaka - a jak zgodnie twierdzą Ukraińcy, ceny większości towarów nie odbiegają u nich od polskich) towarzyszą: słaby pieniądz, wysoka inflacja, znacznie mniejsza dostępność wielu usług, bardziej zdewastowane środowisko naturalne.
Najbardziej chyba wymownym dowodem tego, w jak różny sposób oba narody odczuły 20 lat transformacji, jest to, że w roku 1989 oczekiwana statystyczna długość życia była nad Wisłą i Dnieprem równa i wynosiła po 71 lat, a dziś przeciętny mieszkaniec Polski żyje już lat 76, a Ukrainiec tylko 68.
No dobrze, ale dlaczego?
- Dwa słowiańskie narody, oba dość zasobne w bogactwa mineralne, lasy i ziemię, nietoczące żadnych wojen, wolne. Oba stanęły w latach 1989-90 przed podobna szansą, choć w przypadku Ukrainy była to szansa podwójna - po tysiącleciu kraj ten odzyskiwał niepodległość. Jeśli coś je poważnie różniło, to tylko korzenie kulturowe: nad Dnieprem grecko-prawosławne, nad Wisłą łacińsko-katolickie.
Sto lat temu uważano, że może to mieć poważny wpływ na rozwój gospodarczy, bo z danym typem religii wiąże się pewien etos gospodarowania. Jednak historia dowiodła, że dziś podkład kulturowy nie musi już mieć aż takiego znaczenia, zwłaszcza wobec powszechnego "zeświecczenia" ludzi.
Co w takim razie mogło mieć znaczenie?
- Kilka rzeczy. Po pierwsze, ludzie. Ukraina o kilka dekad dłużej niż Polska znajdowała się pod władzą komunistów, co spowodowało głębsze spustoszenia w świadomości ludzi. Typ homo sovieticus - pasywny, oportunistyczny, roszczeniowy, często zdeprawowany, nierozumiejący i nieakceptujący funkcjonowania wolnego rynku - rozplenił się tam znacznie bardziej niż u nas. Służyła temu również niewłaściwa edukacja i całkowicie wypaczony system premiowania za aktywność.
Po drugie, instytucje. Smutną pozostałością komunizmu stała się w większości krajów postsowieckich nieudolna - za to rozbudowana - biurokracja, wszechobecna korupcja, nepotyzm, brak szacunku dla prawa, brak społecznej kontroli nad działalnością urzędów.
Innym efektem nieudolnej biurokratycznej maszyny jest to, że państwo nie wypełnia swoich obowiązków w stosunku do społeczeństwa i gospodarki: zapewnienia bezpieczeństwa, sprzyjającemu konkurencji rynkowej prawa, skutecznego wymiaru sprawiedliwości, dostarczenia podstawowych usług publicznych. A bez minimum takich usług gospodarka nie jest w stanie się rozwijać, nawet jeśli wprowadzić w niej zasady wolnego rynku.
Po trzecie, polityka gospodarcza. Ukraina nie zdecydowała się, tak jak Polska, na szybkie przeprowadzenie szeregu trudnych, ale niezbędnych reform. Nie ustabilizowała swoich finansów, nie zdemonopolizowała gospodarki, nie stworzyła podstaw zdrowego sektora bankowego, nie dostosowała swojego prawodawstwa do standardów europejskich. Przeprowadziła wprawdzie prywatyzację, ale według najgorszych wzorców, w wyniku których ogromna część majątku dostała się w ręce oligarchów.
No i wreszcie polityka - ta bez przymiotników. Polityczny chaos, w jakim kraj tkwi od lat, uniemożliwił osiągnięcie minimum stabilizacji. A społeczne rozdarcie między ciążący w stronę Rosji wschód i ciążący w stronę Europy zachód tylko ten chaos zwiększało.
Transformacja w Polsce na pewno nie była łatwa, ale dzięki determinacji społeczeństwa we wszystkich wymienionych dziedzinach udało nam się dość szybko uzyskać przynajmniej pewne minimum, które umożliwiało dalszy ruch naprzód. Natomiast Ukraińcy wciąż czekają na swoją szansę - nie rozumiejąc chyba, że ta szansa zależy tylko od nich samych.
*prof. Witold Orłowski - ekonomista PriceWaterhouseCoopers