Krystyna Naszkowska: Szukając w internecie informacji o panu, dotarłam do filmiku "Wyprawy marzeń z Leszkiem Cichym". Prowadzi pan małe grupy turystów po górach i bezdrożach świata. Da się z tego utrzymać rodzinę?
Leszek Cichy*: Nie dokładam do oszczędności, które mam. Domu sobie też za to nie zbuduję, ale dom już mam. Zarabiałbym więcej, gdybym miał np. 30 wyjazdów w roku. Ale mam 8-10 grup rocznie, z czego dwie są zwykle na Mont Blanc, więc krótkie i najwyżej czteroosobowe, bo więcej klientów jako przewodnik nie mogę zabrać.
Ale robię to, co lubię, ciągle wyjeżdżam z nowymi, ciekawymi ludźmi w nowe rejony i zwiedzam świat w sposób inny, niż zalecają przewodniki. Dla mnie coś dokładnie opisanego w przewodnikach przestaje być interesujące. Niestety świat staje się straszną cepelią. Kiedy w 1998 r. pierwszy raz byłem na Zanzibarze, to pływałem między delfinami. Wtedy była tylko nasza łódka i trzy stada delfinów. Widziałem, jak kopulują, jak samica karmi młode. Dziś w tym samym miejscu można spotkać jedno przepłoszone stado i z 10 uganiających się za nim łodzi.
To, co pan robi, nie jest cepelią? 30 lat temu weszliście wraz z Krzysztofem Wielickim jako pierwsi zimą na Mount Everest, a teraz wciąga pan na szczyty ludzi, których stać, by za to zapłacić.
- O nie! Ja nie wciągam prezesów firm na ośmiotysięczniki, nie wchodzę na wysokie szczyty. Nie organizuję wspinaczek z linami i specjalistycznym sprzętem. Moje oferty są dla normalnych śmiertelników.
Zależało mi, żeby wyprawy nie były ekstremalne i żebym nie musiał do nich dopłacać. Dzięki nim mam kontakt z górami i mogę się utrzymać. Bardzo lubię uczyć, te wyjazdy pozwalają mi wprowadzać ludzi w góry, przekazywać moją pasję.
Jeśli pan lubi uczyć, to dlaczego porzucił pan wykłady na politechnice?
- Dzięki pracy wykładowcy mogłem wspinać się przez 20 lat. Dało się to godzić. Można było zblokować pensum w jeden semestr, by w drugim mieć wolne i robić, co się lubi. Wynagrodzenie na uczelni było tak niskie, że strata trzech pensji nie była bolesna. Był taki czas, kiedy jako wykładowca zarabiałem równowartość 8 dolarów miesięcznie. A z wyprawy można było przywieźć 30 dolarów.
W 1989 r. wziąłem urlop bezpłatny z politechniki i wyjechałem na dwa lata do Syrii jako geodeta. Budowaliśmy tunele, ja pilnowałem, by drążone z dwóch stron góry dziury na pewno się spotkały. Po roku uczelnia się zbuntowała i kazali mi wracać albo zrezygnować, bo nie mogą dłużej trzymać dla mnie etatu. W Syrii zarabiałem sporo, więc zostałem.
Wróciłem w 1991 r. Znalazłem pracę w firmie budującej osiedle pod Warszawą. Po roku zobaczyłem ogłoszenie w gazecie adresowane do młodych ludzi znających obce języki. Dał je Wojciech Kostrzewa (obecnie prezes ITI), wówczas prezes Polskiego Banku Rozwoju, czyli pierwszego banku inwestycyjnego w Polsce. Sam go stworzył. Szukał kandydatów na finansistów, ale uważał, że lepiej nauczyć bankowości kogoś, kto się z nią wcześniej nie zetknął, niż oduczać złych nawyków.
Miał pan wtedy już 40 lat.
- Uznano, że jestem młody, bo zostałem stażystą w departamencie inwestycji kapitałowych. Po pół roku byłem zastępcą dyrektora, a po roku dyrektorem. W niecałe trzy lata kierowałem już oddziałem z biurem maklerskim i 150 pracownikami. W 1995 r. PBR został kupiony przez Bank Rozwoju Eksportu i zostałem wiceprezesem domu inwestycyjnego BRE.
Oszałamiająca kariera. Urodził się pan bankowcem?
- Wiele osób robiło wtedy szybkie kariery, takie to były lata. Świat bankowy mnie wciągnął i zafascynował. Cały czas się szkoliłem, w kraju i za granicą.
Po BRE przeszedłem do Banku Współpracy Europejskiej stworzonego przez Aleksandra Gudzowatego. Byłem wiceprezesem przez półtorej kadencji.
Oferta finansowa Gudzowatego była nie do odrzucenia?
- Nie tylko o to chodziło. To było dla mnie nowe wyzwanie, a ja wyzwania lubię. To miał być mały bank typu szwajcarskiego. Szefem został Jacek Krawiec, obecny prezes PKN Orlen. Chcieliśmy ten bank sprywatyzować, czyli dopuścić innych akcjonariuszy zagranicznych, bo nazwisko Gudzowatego do pewnego momentu pomagało, ale od pewnego było barierą rozwoju dla banku. Teraz już mogę o tym mówić.
Wydało nam się, że znaleźliśmy idealną propozycję, wręcz królewską. Pewien bank skandynawski zaproponował podniesienie kapitału BWE tak, by miał 49 proc., a Gudzowaty kontrolny pakiet 51 proc. akcji. Mieli przenieść do BWE finanse wszystkich wielkich firm skandynawskich jak Ikea, Nokia czy Skania. Współpraca miała trwać trzy lata. Po tym czasie Gudzowaty miał do wyboru - zgodzić się na oddanie kontroli nad BWE albo oddać skandynawom pieniądze, które przynieśli, i wrócić do punktu wyjścia.
Nie zgodził się. Moim zdaniem powinien do dziś żałować, bo jego bank nie rozwinął się.
Odeszliśmy razem z Krawcem.