- Musimy podjąć ciężkie decyzje, które w wielu przypadkach będą niesprawiedliwe - mówił we wtorek w dramatycznym przemówieniu w parlamencie grecki premier George Papandreou. Przygotowywał w ten sposób Greków na drastyczne decyzje mające na celu zmniejszenie gigantycznej dziury budżetowej.
Grecja walczy o odzyskanie ekonomicznej wiarygodności na arenie międzynarodowej. Sięgające 300 mld euro zadłużenie kraju wzbudza poważne obawy inwestorów o wypłacalność Aten i stabilność całej
strefy euro. Grecki rząd zobowiązał się, że w tym roku obetnie deficyt sektora finansów publicznych z 12,7 do 8,7 proc. Już kilka tygodni temu ogłosił, co zrobi, by to osiągnąć, ale Komisja Europejska uznała, że to mało.
W środę
Ateny ogłosiły więc jeszcze bardziej drastyczne kroki, dzięki którym uda się zmniejszyć deficyt o 4,8 mld euro, czyli 2 proc.
PKB. Rząd zdecydował o podwyżce stawek VAT z 4,5 do 5 proc., z 9 do 10 proc. i z 19 do 21 proc., co da 2,4 mld euro. - Podniesienie specjalnych podatków paliwowych przyniesie 1,1 mld euro - poinformował rzecznik greckiego rządu George Petalotis. To nie koniec. O 30 proc. mają być obcięte nagrody dla urzędników, wzrosnąć ma też akcyza na alkohol i papierosy.
Grecy w zamian liczą na "solidarność ze strony Europy". W piątek grecki premier ma się spotkać z niemiecką kanclerz Angelą Merkel, w niedzielę - z francuskim prezydentem Nicolasem Sarkozym. Media spekulują, że instytucje finansowe z tych krajów zdecydują się na wykup greckich obligacji. Tylko w kwietniu i maju Ateny muszą pożyczyć 20 mld euro.
Jak wynika z sondaży, greckie społeczeństwo rozumie drastycznie działania rządu. Nie mogą się z nimi jednak pogodzić związki zawodowe. W zeszłym tygodniu Grecję sparaliżował jednodniowy strajk generalny. Kolejny tak duży protest związki zawodowe szykują na 16 marca. - Obawiam się, że nastąpi społeczna eksplozja - powiedział Reutersowi Ilias Iliopoulos, sekretarz generalny związku ADEDY.