Gorszej atmosfery dla zagranicznej wizyty chyba nie można sobie wyobrazić. Gdy Papandreu wylatywał z Aten, na ulicach metropolii znowu doszło do starć tysięcy demonstrantów z policją. W pogrążonej kryzysem Grecji niespokojnie jest od kilku dni, gdy rząd ogłosił wielki program oszczędnościowy, by w ten sposób ratować
budżet kraju, w którym widnieje dziura 4,8 mld euro. Program przewiduje m.in. redukcję pensji, zamrożenie emerytur i wzrost podatków. Cud, że Papandreu w ogóle wyleciał do Berlina, bo wczoraj do strajkującej komunikacji miejskiej i kolei dołączyli też kontrolerzy lotów. W Berlinie wiało natomiast chłodem. Niemieckie i greckie media od dobrego tygodnia toczą wojnę na artykuły. Zaczął tygodnik "Focus", publikując na okładce rzeźbę Wenus z Milo pokazującej środkowy palec - tak według autorów w ogóle niedbająca o stan swoich finansów publicznych
Grecja postąpiła z pozostałymi członkami strefy euro. Odpowiedź przyszła natychmiast. Jedna z greckich gazet dorobiła swastykę do rzeźby Victorii stojącej na berlińskiej kolumnie Zwycięstwa. Politycy w Atenach zaczęli wyrzucać Niemcom, że nie zapłacili reparacji wojennych. Gdy Papandreu wylądował w Berlinie, czekał na niego list redakcji "Bilda". "Drogi panie premierze. Jest pan w kraju, który działa inaczej niż pański. U nas nie płaci się łapówek, by dostać się do szpitala, taksówkarze wypisują rachunki, na stacjach benzynowych są kasy fiskalne, a rolnikom nie płaci się subwencji za uprawy, które nie istnieją" - pisze redakcja tabloidu. Dzień wcześniej ku nieukrywanej wściekłości Greków "Bild" zaproponował, by Papandreu na poczet długu sprzedał wyspy i Akropol.
- Nie damy Grecji ani centa - podgrzewał atmosferę Rainer Bruderle, niemiecki minister gospodarki. Politycy w Berlinie tłumaczą, że Grecy sami są winni tarapatów, w jakich się znaleźli, i powinni sami z nich się wykaraskać. Gdyby zaś
strefa euro miała spłacać greckie długi, to
Niemcy, jej największy kraj, musiałyby wyłożyć najwięcej. A sami są przecież przez kryzys zadłużeni po uszy.
- Nie przyjeżdżam po pieniądze, tylko po polityczne wsparcie - odpowiadał dumnie Papandreu. Do zamknięcia tego wydania "Gazety" nie wiadomo było, o czym rozmawiał z kanclerz Merkel. Z przecieków wiadomo, że pani kanclerz będzie trzymać się linii swojego ministra. Papandreu ma ją jednak prosić, by Niemcy położyły tamę atakom spekulantów i pomogły załatwić niżej oprocentowane kredyty. W wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" groził też Niemcom, że plajta jego kraju może zachwiać całą strefą euro. - Nie chcemy stać się drugim Lehmann Brothers - przestrzegał Papandreu.
Do Berlina przywiózł też jedną dobrą wiadomość. W czwartek rząd z powodzeniem sprzedał 10-letnie obligacje warte 5 mld euro. Co więcej, inwestorzy byli gotowi kupić papiery warte trzy razy tyle. Trudno się im się jednak dziwić, skoro za większe ryzyko grecki rząd inwestorom musi słono płacić. Oprocentowanie wyemitowanych papierów sięgało 6,4 proc., czyli dwa razy więcej niż podobnych obligacji emitowanych przez Niemcy. Większość obligacji kupili inwestorzy z zagranicy.
Kolejną stolicą, którą odwiedzi grecki premier, ma być
Paryż, dokąd Papandreu ma zawitać w niedzielę. Niemcy już przestrzegają Francuzów, by nie robili mu zbytnich nadziei, że Europa mu pomoże.
Tymczasem w piątek grecki parlament zgodził się na plan oszczędności zaproponowany przez rząd. Przewiduje podwyżkę podatków m.in. VAT i akcyzy oraz cięcie o 8 proc. pensji pracowników sfery budżetowej. Plan ma przynieść 4,8 mld euro oszczędności. Od jego przyjęcia zależało, czy Grecja będzie w stanie przywrócić zaufanie inwestorów i pożyczać pieniądze na mniej drakońskich warunkach oraz otrzymać wsparcie UE.