Biznes Ludzie Pieniądze

Boże, ratuj podatników!

Piotr Skwirowski
2010-03-08, ostatnia aktualizacja 2010-03-07 20:01

Czy polskim podatnikom trzeba dokręcić śrubę? Takie przekonanie zdaje się brać górę w Pałacu Prezydenckim

Piotr Skwirowski
Fot. Gazeta
Piotr Skwirowski
ZOBACZ TAKŻE
Przed niespełna rokiem w sejmowym orędziu prezydent zarzucił rządowi bierność i brak recept na kryzys. Zalecał pobudzanie gospodarki przez zwiększanie publicznych wydatków i cięcia podatków, by zachęcić ludzi do wydawania pieniędzy.

Tłumaczył, że kraje zachodnie prowadzą taką politykę. - Polski rząd postępuje odwrotnie. Taka polityka prowadzi do spowolnienia gospodarki - mówił Lech Kaczyński. Ni mniej, ni więcej nawoływał do zadłużania się. Rząd bronił swojej polityki i Polska jako jedyna uniknęła recesji. Przeszliśmy przez kryzys w miarę suchą nogą. Nie obeszło się bez strat, mocno w górę poszedł choćby deficyt finansów publicznych. Ale gdyby rząd posłuchał rad prezydenta, mogłoby być znacznie gorzej.

Teraz prezydent najwyraźniej już o nich zapomniał. W zeszłym tygodniu na posiedzeniu swojej Narodowej Rady Rozwoju zganił rząd za to, że... doprowadził do szybkiego wzrostu zadłużenia kraju. Nie zdobył się na symboliczne choćby poparcie założeń do czterech pierwszych ustaw z programu, za pomocą którego rząd chce naprawić finanse publiczne. Nie zapowiedział jasno współpracy z rządem w walce ze skutkami kryzysu w finansach. A bez tej współpracy ich reforma może się wywrócić.

W najbliższym czasie prezydent i jego Rada wezmą na tapetę podatki. Już w czasie zeszłotygodniowego posiedzenia prof. Jerzy Żyżyński przekonywał, że "progresja podatku to podstawowy atrybut racjonalności systemu podatkowego". Progresja, czyli sytuacja, w której - mówiąc w uproszczeniu - im większe zarobki, tym wyższy podatek. Podatek progresywny jest przeciwieństwem podatku liniowego, gdzie niezależnie od wysokości dochód objęty jest tą samą stawką. - Progresja służy temu, by biedniejszy płacił mniej. Nie, by bogaty płacił więcej, lecz by biedniejszy płacił mniej - dowodził prof. Żyżyński. Jego zdaniem progresja podatkowa ma sens tylko wtedy, gdy współgra z nią system ulg podatkowych.

Przez ostatnich blisko dziesięć lat powoli odchodziliśmy w Polsce od progresywnego podatku dochodowego z rozbudowanym systemem ulg w stronę podatku liniowego. Aby podatki były prostsze, no i niższe. Na razie doszliśmy do dwóch stawek PIT. Straciliśmy za to wiele ulg. - Podatek liniowy ma tylko jeden walor. Umożliwia szybką akumulację kapitału przez wąską grupę. Buduje klasę kapitalistów - mówił u prezydenta prof. Żyżyński. - I zwiększa nierówności.

Prezydent dowodził potem, że w Polsce uparcie budowana jest "Rzeczpospolita dla bogatych", a jego doradca Ryszard Bugaj przekonywał dziennikarzy, że polskie podatki są niesprawiedliwe, że bogaci płacą za mało. W pierwszej kolejności trzeba więc zlikwidować 19-proc. liniowy PIT od dochodów z działalności gospodarczej, bo płacą go nie tylko mniejsi przedsiębiorcy, ale też menedżerowie wyższego szczebla i adwokaci, którzy powinni płacić progresywnie, czyli więcej.

I Bugaj, i prezydencki minister Paweł Wypych ekscytowali się wystąpieniami byłego ministra finansów Jerzego Osiatyńskiego i dawnego wiceministra finansów odpowiedzialnego za podatki prof. Witolda Modzelewskiego o tym, że co jakiś czas poszczególne elementy systemu podatkowego "zacierają się". Przez to zacieranie się spada ściągalność podatków, ludzie mniej sumiennie je płacą. Tym samym spada "skuteczność podatkowa państwa". Lekarstwo? Przewietrzanie systemu podatkowego. Ale nie po to, by usunąć przepisy, które doskwierają podatnikom czy hamują przedsiębiorczość. Przewietrzać to dokręcać podatnikom śrubę.

Mówił o tym już w zeszłym roku prof. Modzelewski: 90 proc. spadku dochodów podatkowych budżetu to skutek złagodzenia przepisów. Zniesiono 30-proc. sankcję VAT [dopóki istniała, od każdego wykrytego zaniżenia podatku trzeba było oddać fiskusowi 30 proc.; do tego oczywiście jeszcze zaległy podatek, odsetki, a czasami także grzywnę] i podatnicy przestali się bać VAT. I mniej płacą. Bo nikt nie chce być frajerem i płacić, gdy inni nie płacą. Proste.

W latach 90. (to wtedy prof. Modzelewski odpowiadał w resorcie finansów za podatki) sankcja w VAT wynosiła początkowo aż 300 proc. Mocno dopiekła bardzo wielu firmom, także uczciwym, które po prostu pomyliły się przy rozliczeniu skomplikowanego podatku. Do dziś wielu przedsiębiorców na wspomnienie sankcji i ministra Modzelewskiego głośno zgrzyta zębami.

Ale czasy się zmieniły. Od lat kolejne rządy starają się z niezłym skutkiem cywilizować relacje fiskus - podatnik. Kancelaria Prezydenta chce tymczasem, by to prof. Modzelewski przygotował referat podatkowy na kolejne posiedzenie NRR, która pod koniec miesiąca ma mówić o dochodach państwa.

Prezydent nie jest ekonomistą, dobrze więc, że rozmawia z ekspertami o różnych poglądach, że słucha różnych opinii. Jakoś tak się jednak dziwnie składa, że na koniec najłatwiej drogę do jego ucha odnajdują te najbardziej kontrowersyjne, by nie rzec - oryginalne. Ani trochę nie ufa ekspertom rządowym, choć za walkę z kryzysem chwali ich cały świat. Czy prezydent wolałby, żebyśmy jak Grecja, która stoi na krawędzi bankructwa, musieli drastycznie ciąć wydatki i podnosić podatki? Nie wróży to dobrze reformie finansów i naszym portfelom.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

3.5

54 głosy