Katarzyna Dąbrowska - trzydziestolatka, która zarządza 2 mld zł
Rozmawiali Sylwia Śmigiel i Maciej Samcik
2010-03-08, ostatnia aktualizacja 2010-03-07 20:28
W domu nie włączam laptopa. Wiem, że ze względu na dzieci może będę musiała zrezygnować z części planów zawodowych - mówi Katarzyna Dąbrowska, która zarządza ponad 2 mld złotych
ZOBACZ WIDEO
ZOBACZ TAKŻE
- Nie stać nas na marnotrawienie potencjału kobiet menedżerów (08-03-10, 07:00)
- Rząd nie dba o pracujące matki (01-03-10, 13:14)
- Kobiety pracujące na własny rachunek są dyskryminowane (01-03-10, 01:00)
- Polaku! Idź na tacierzyński! (08-02-10, 10:00)
- Kobiety chcą więcej? BZ WBK im to da. Ale... nie za darmo (01-02-10, 13:06)
Trzydziestolatka Katarzyna Dąbrowska jest jedną z zaledwie kilku kobiet, które zajmują się w Polsce zarządzaniem pieniędzmi klientów funduszy inwestycyjnych. Ma pod sobą dwa fundusze inwestujące głównie w akcje giełdowych spółek - Arka BZ WBK Rozwoju Nowej Europy FIO oraz Arka BZ WBK Zrównoważony FIO. W sumie ponad dwa miliardy złotych oszczędności klientów. Choć Arka powierzyła jej zarządzanie pieniędzmi dopiero dwa i pół roku temu, błyskawicznie wyrosła na gwiazdę funduszowego rynku. W zeszłym roku jej fundusz Arka Rozwoju Nowej Europy dał zarobić klientom aż 91 proc. i był najlepszym funduszem akcji w Polsce.
Rozmowa z Katarzyną Dąbrowską
Sylwia Śmigiel, Maciej Samcik: Jak to się stało, że zajęła się pani tak męskim zawodem jak zarządzanie aktywami? W Polsce zajmuje się tym zaledwie kilka kobiet!
Katarzyna Dąbrowska: Zawsze bardzo lubiłam bawić się matematyką i chciałam wybrać taki zawód, który dałby możliwość praktycznego wykorzystania tych zainteresowań. Wahałam się między fizyką a naukami ekonomicznymi. Dostałam się na oba kierunki. Zdecydowałam się na Akademię Ekonomiczną, ale przez cały pierwszy rok myślałam, czy tego nie rzucić i nie studiować jednak fizyki. Zniechęcała mnie ciągła nauka teorii. Na szczęście okazało się, że to był dobry wybór. Na rynku kapitałowym można matematykę z powodzeniem wykorzystać do analizy ludzkich zachowań. Przecież to, co się dzieje na rynku, jest wynikiem ludzkich emocji: czasami strachu, innym razem zbytniego entuzjazmu. To mnie zafascynowało.
Nie umiera pani z nudów, tonąc całymi dniami w rzędach cyferek?
- Nie, bo zarządzanie aktywami to ciekawsze zajęcie, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Żeby dobrze poznać firmy, w które inwestuję pieniądze klientów, muszę często je odwiedzać, spotykać się z menedżerami. W sumie zajmuje mi to nawet więcej czasu niż zestawianie liczb, analizowanie raportów finansowych i komunikatów giełdowych.
Jak trafiła pani do firmy zarządzającej funduszami inwestycyjnymi?
- Na studiach zaczęłam pracować w firmie audytorskiej. To było ciężkie doświadczenie. Przede wszystkim dlatego, że wymagało pracy po 10-12 godzin dziennie. Dlatego kiedy urodził się mój pierwszy syn, wiedziałam, że nie mogę już wrócić do tego zawodu. Kiedy dziecko miało półtora roku, mąż namówił mnie, żebym odpowiedziała na ogłoszenie rekrutacyjne do Arki. Paradoksalnie najpierw wpadłam w panikę i chciałam się wycofać. Obawiałam się, że praca będzie pochłaniać zbyt wiele czasu. Ale mąż mnie zachęcał.
Kupiliśmy mieszkanie w centrum Poznania, żeby nie tracić czasu na dojazdy do pracy. W godzinnej przerwie na lunch staram się zrobić zakupy. Nie stosuję na co dzień makijażu, choć to akurat jest spowodowane głównie względami praktycznymi - po prostu szkoda mi czasu na marnowanie go przed lustrem.
Czyli w pracy stara się pani nie myśleć o domu i vice versa? To chyba trudne, jak się ma dwójkę małych dzieci?
- Niełatwe. Ale staram się mocno odseparować życie zawodowe od prywatnego. Nie włączam laptopa, jak przychodzę do domu. Dopóki dzieci nie pójdą spać, koncentruję się wyłącznie na życiu rodzinnym. Nie mam na biurku zdjęć dzieci. Nie chcę tworzyć sobie złudzeń, że w pracy są ze mną.
Jest pani jedyną kobietą w komitecie inwestycyjnym, który podejmuje decyzje?
- Tak, poza mną jest siedem osób, wszyscy to mężczyźni.
Jak jest pani traktowana przez kolegów z pracy? Ma pani jakieś specjalne względy?
- Na początku pracy w Arce zauważyłam, że przy mnie koledzy się pilnują. Okazało się, że prezes polecił im nie przeklinać. Ale poza tym nie traktują mnie jakoś specjalnie. No, może częściej pytają, co słychać w domu. Ale nie obchodzimy w pracy Dnia Kobiet (śmiech).
Czym różni się pani spojrzenie na zarządzanie pieniędzmi od spojrzenia facetów?
- To jest praca zespołowa, więc ostateczna decyzja, w jaką firmę zainwestować pieniądze klientów, zwykle jest wynikiem jakiegoś kompromisu. A zderzenie spojrzenia kobiecego i męskiego daje czasem pełniejszy obraz.
Tym, co pomaga kobiecie w wykonywaniu tej pracy, jest większa cierpliwość. To tak jak z wychowywaniem dzieci: efektu inwestycji nigdy nie zobaczymy jutro. Zwykle trzeba na nią czekać dłuższy czas. I stale czuwać, czy na pewno podjęliśmy dobrą decyzję, bo przecież powodzenie inwestycji zależy od bardzo wielu czynników. Mężczyźni są często mniej cierpliwi i szybciej domagają się potwierdzenia, że ich decyzje są słuszne. I szybciej się denerwują, jeśli takie potwierdzenie nie nadchodzi.
Planuje pani swoją dalszą karierę? Może trzeba będzie przenieść się do Warszawy?
- Nie chcę przenosić się do Warszawy. Przecież tam nawet dojazd do pracy zajmuje więcej czasu. Połączenie życia rodzinnego z zawodowym jest trudniejsze. To miasto żyje szybciej, karuzela wciąż się kręci. Trudniej zachować równowagę.
To znaczy, że świadomie rezygnuje pani z dalszego zawodowego marszu w górę?
- Przez co najmniej 10 najbliższych lat w dużej części będzie mnie pochłaniało wychowywanie dzieci. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła jeszcze bardziej ograniczyć czas, który im poświęcam. A pięcie się w górę po szczeblach kariery mogłoby oznaczać, że muszę robić to kosztem rodziny. Nie chcę tego. Wiem, gdzie chciałabym być za 10 lat, ale wiem też, że być może będę musiała z tego zrezygnować. I nie mam z tym problemu.
Rozmowa z Katarzyną Dąbrowską
Sylwia Śmigiel, Maciej Samcik: Jak to się stało, że zajęła się pani tak męskim zawodem jak zarządzanie aktywami? W Polsce zajmuje się tym zaledwie kilka kobiet!
Katarzyna Dąbrowska: Zawsze bardzo lubiłam bawić się matematyką i chciałam wybrać taki zawód, który dałby możliwość praktycznego wykorzystania tych zainteresowań. Wahałam się między fizyką a naukami ekonomicznymi. Dostałam się na oba kierunki. Zdecydowałam się na Akademię Ekonomiczną, ale przez cały pierwszy rok myślałam, czy tego nie rzucić i nie studiować jednak fizyki. Zniechęcała mnie ciągła nauka teorii. Na szczęście okazało się, że to był dobry wybór. Na rynku kapitałowym można matematykę z powodzeniem wykorzystać do analizy ludzkich zachowań. Przecież to, co się dzieje na rynku, jest wynikiem ludzkich emocji: czasami strachu, innym razem zbytniego entuzjazmu. To mnie zafascynowało.
Nie umiera pani z nudów, tonąc całymi dniami w rzędach cyferek?
- Nie, bo zarządzanie aktywami to ciekawsze zajęcie, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Żeby dobrze poznać firmy, w które inwestuję pieniądze klientów, muszę często je odwiedzać, spotykać się z menedżerami. W sumie zajmuje mi to nawet więcej czasu niż zestawianie liczb, analizowanie raportów finansowych i komunikatów giełdowych.
Jak trafiła pani do firmy zarządzającej funduszami inwestycyjnymi?
- Na studiach zaczęłam pracować w firmie audytorskiej. To było ciężkie doświadczenie. Przede wszystkim dlatego, że wymagało pracy po 10-12 godzin dziennie. Dlatego kiedy urodził się mój pierwszy syn, wiedziałam, że nie mogę już wrócić do tego zawodu. Kiedy dziecko miało półtora roku, mąż namówił mnie, żebym odpowiedziała na ogłoszenie rekrutacyjne do Arki. Paradoksalnie najpierw wpadłam w panikę i chciałam się wycofać. Obawiałam się, że praca będzie pochłaniać zbyt wiele czasu. Ale mąż mnie zachęcał.
Kupiliśmy mieszkanie w centrum Poznania, żeby nie tracić czasu na dojazdy do pracy. W godzinnej przerwie na lunch staram się zrobić zakupy. Nie stosuję na co dzień makijażu, choć to akurat jest spowodowane głównie względami praktycznymi - po prostu szkoda mi czasu na marnowanie go przed lustrem.
Czyli w pracy stara się pani nie myśleć o domu i vice versa? To chyba trudne, jak się ma dwójkę małych dzieci?
- Niełatwe. Ale staram się mocno odseparować życie zawodowe od prywatnego. Nie włączam laptopa, jak przychodzę do domu. Dopóki dzieci nie pójdą spać, koncentruję się wyłącznie na życiu rodzinnym. Nie mam na biurku zdjęć dzieci. Nie chcę tworzyć sobie złudzeń, że w pracy są ze mną.
Jest pani jedyną kobietą w komitecie inwestycyjnym, który podejmuje decyzje?
- Tak, poza mną jest siedem osób, wszyscy to mężczyźni.
Jak jest pani traktowana przez kolegów z pracy? Ma pani jakieś specjalne względy?
- Na początku pracy w Arce zauważyłam, że przy mnie koledzy się pilnują. Okazało się, że prezes polecił im nie przeklinać. Ale poza tym nie traktują mnie jakoś specjalnie. No, może częściej pytają, co słychać w domu. Ale nie obchodzimy w pracy Dnia Kobiet (śmiech).
Czym różni się pani spojrzenie na zarządzanie pieniędzmi od spojrzenia facetów?
- To jest praca zespołowa, więc ostateczna decyzja, w jaką firmę zainwestować pieniądze klientów, zwykle jest wynikiem jakiegoś kompromisu. A zderzenie spojrzenia kobiecego i męskiego daje czasem pełniejszy obraz.
Tym, co pomaga kobiecie w wykonywaniu tej pracy, jest większa cierpliwość. To tak jak z wychowywaniem dzieci: efektu inwestycji nigdy nie zobaczymy jutro. Zwykle trzeba na nią czekać dłuższy czas. I stale czuwać, czy na pewno podjęliśmy dobrą decyzję, bo przecież powodzenie inwestycji zależy od bardzo wielu czynników. Mężczyźni są często mniej cierpliwi i szybciej domagają się potwierdzenia, że ich decyzje są słuszne. I szybciej się denerwują, jeśli takie potwierdzenie nie nadchodzi.
Planuje pani swoją dalszą karierę? Może trzeba będzie przenieść się do Warszawy?
- Nie chcę przenosić się do Warszawy. Przecież tam nawet dojazd do pracy zajmuje więcej czasu. Połączenie życia rodzinnego z zawodowym jest trudniejsze. To miasto żyje szybciej, karuzela wciąż się kręci. Trudniej zachować równowagę.
To znaczy, że świadomie rezygnuje pani z dalszego zawodowego marszu w górę?
- Przez co najmniej 10 najbliższych lat w dużej części będzie mnie pochłaniało wychowywanie dzieci. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła jeszcze bardziej ograniczyć czas, który im poświęcam. A pięcie się w górę po szczeblach kariery mogłoby oznaczać, że muszę robić to kosztem rodziny. Nie chcę tego. Wiem, gdzie chciałabym być za 10 lat, ale wiem też, że być może będę musiała z tego zrezygnować. I nie mam z tym problemu.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
4.2
137 głosów
Przeczytaj 216 komentarzy na Forum
Pobierz aplikację Wyborcza.biz na:




odtwórz








