Niepokój na rynkach zawsze daje nam wiatr w żagle przy naszych zakupach". Właśnie ogłosił wyniki minionego roku. Wartość jego firmy Berkshire Hathaway wzrosła o 21,8 mld dol. W ciągu ostatnich 45 lat, od kiedy to Buffett nią kieruje, wartość księgowa akcji wzrosła z 19 dol. do 84 487 dol.
Berkshire Hathaway to holding, czyli organizacja grupująca inne firmy. Żyje z dwóch źródeł: inwestycji na giełdzie i prowadzenia samodzielnej działalności gospodarczej. Portfel akcyjny wart jest dziś 60 mld dol. Największe pozycje to Coca-Cola - 11 mld (akcje kupione za 1,3 mld), Wells Fargo (bank) - 9 mld, American Express - 6 mld (także kupione za 1,3 mld) i Procter & Gamble - 5 mld. Natomiast samodzielna działalność to mozaika firm ubezpieczeniowych, reasekuracyjnych, energetycznych, transportowych, producentów butów i słodyczy, firm meblowych i sieci lodziarni, wytwórni dywanów, farb, materiałów budowlanych i odkurzaczy, jubilera i gazety, wydawcy encyklopedii i firmy wynajmu odrzutowców.
Kilkanaście lat temu, gdy świat zachłysnął się internetem, Buffett powiedział, że nie rozumie spekulacji ziarnami kakao, więc nie inwestuje w kakao. "Nie jestem w stanie zarobić na czymś, czego nie pojmuję. Nie mam wątpliwości, że porażek będzie znacznie więcej niż sukcesów". Na jego wyszło. Kiedy inni kupowali firmy technologiczne, Buffett kupił łańcuch lodziarni, mówiąc: "Rozumiem ten biznes, podobają mi się ludzie, którzy nim zarządzają, i jestem sobie w stanie bez trudu wyobrazić, jak firma będzie wyglądać za 10 czy 15 lat".
Oczkiem w głowie i przedmiotem szczególnej dumy Buffetta jest dziś GEICO, trzeci co do wielkości ubezpieczyciel aut osobowych w USA. Od 1996 r., kiedy Buffett przejął kontrolę nad GEICO, udział firmy w rynku wzrósł z 2,5 proc. do 8,1 proc. Przybyło jej netto 7 mln klientów. Buffett to nie tylko strateg. Zajmuje się marketingiem. W liście do szerokiej publiczności zachwala produkty i usługi swych firm. "Szacuję - pisze Buffett - że około 40 proc. właścicieli samochodów w naszym kraju może zaoszczędzić, ubezpieczając się w GEICO". Zważywszy na to, że Amerykanie zaczęli zaciskać pasa, on i Tony Nicely, który kieruje GEICO, a pracuje w nim od 48 lat, "czują się jak dwa głodne komary w kolonii nudystów. Wszędzie mnóstwo smakowitych celów".
Ostatnio pociągają go pociągi. W listopadzie 2009 r. dokonał największej inwestycji w historii swej firmy - kupił 77,4 proc. firmy kolejowej Burlington Northern Santa Fe (był już właścicielem pozostałych akcji). Kolej ta dociera do Meksyku i Kanady, transportuje węgiel, zboże i drewno. Buffett postawił na Amerykę - tak sam powiedział. Postawił dużo. "Lubię takie zakłady" - dodał.
Zapłacił 26 mld w gotówce i akcjach, przejął 10 mld długów. W sumie ta jedna inwestycja jest warta 44 mld. Preferuje gotówkę, ale tym razem dla sfinansowania transakcji zaciągnął 8 mld długu. To wystarczyło, aby agencja ratingowa Standard & Poors obniżyła status jego długu z kategorii AAA na AA+. Berkshire Hathaway należała dotychczas do szybko kurczącej się elity firm o najwyższym ratingu kredytowym. Jego obniżka to nie dramat - Buffett nadal cieszy się wspaniałą wiarygodnością i ma wciąż 20 mld gotówki - ale raczej przejaw rosnących obaw o kondycję amerykańskich przedsiębiorstw. Poza tym firmy ratingowe zrażone doświadczeniami dziś wolą dmuchać na zimne.
Tym bardziej że poważna wichura nie omija najsilniejszych. W 2008 r., w czasie kataklizmu na rynkach finansowych, Berkshire Hathaway nie uchroniło się od strat. Wartość firmy spadła o blisko 11,5 mld. Buffett mówił, że inwestorzy wszelkiej maści byli zagubieni i pokaleczeni jak małe ptaszki, które zbłądziły i trafiły w środek gry w badmintona. Niewyobrażalne kiedyś dawki lekarstwa przepisane przez rząd mogą przynieść niepożądane długofalowe skutki. Ale jednocześnie chwalił Waszyngton za interwencję na rynkach finansowych.
Henry Paulson, sekretarz skarbu w administracji George'a W. Busha, w wydanej właśnie książce przypomniał o ogromnej roli, jaką Buffett odegrał w apogeum kryzysu. 23 września 2008 r., gdy Wall Street dławiła panika, Buffett zainwestował 5 mld dol. w Goldman Sachs, największy bank inwestycyjny na świecie, którym zresztą Paulson kierował, zanim prezydent Bush nie zwabił go do Waszyngtonu w 2006 r. Buffett stał się największym udziałowcem Goldmana - posiadaczem szczodrej dywidendy i akcji, które nabył po 115 dol. Na początku marca były warte prawie 40 proc. więcej. Buffett nie kupił akcji Goldmana po to, aby ratować firmę przed bankructwem, ale po to, aby na tym zakupie zarobić. Przyznał następnego dnia po wyłożeniu pieniędzy, że nie uczyniłby tego, gdyby nie był przekonany, że Kongres przyjmie 700-miliardowy program ratunkowy rządu, a to oznaczało, że Goldman przetrwa nawałnicę.
Buffett niemal ochoczo przyznaje się do błędów. W 2008 r. kupił sporo akcji firmy naftowej ConocoPhillip, gdy ceny ropy i gazu były bliskie szczytu. Wydał też ćwierć miliarda na akcje dwóch banków irlandzkich, gdy wydawały się bardzo tanie. Później spadły o następne 90 procent. W tenisie, powiada, mówi się o tym "błędy niewymuszone". Klientom GEICO zaoferował karty kredytowe. Wbrew opinii współpracowników. "Powiedziałem im, że jestem starszy i mądrzejszy, a byłem tylko starszy" - przyznał, gdy sprzedał portfel kart z 45-procentową stratą.
Ale błędy i straty bledną przy zyskach. Prócz Goldmana Buffett zainwestował w 2008 r. w Dow Chemical, General Electric, Swiss Re i Wrigley. Łącznie wydał 21,1 mld. Dziś te pięć pozycji ma wartość 26 mld i przynosi rocznie 2,1 mld dywidend i procentów.
Z goryczą , choć także zrozumieniem, że tylko firmy, których problemy grożą katastrofą dużemu otoczeniu, mogą liczyć na ratunek, Buffett sformułował pół żartem, pół serio "pierwsze prawo korporacyjnego przetrwania" dla ambitnego prezesa, który zadłużył się po uszy i wdał w gigantyczne operacje instrumentami pochodnymi: "Skromna niekompetencja nie wystarczy - potrzebne są bałagan i błędy na skalę trudną do pojęcia".
Aby podkreślić niebezpiecznie skomplikowaną naturę instrumentów pochodnych (derivatives), Buffett napisał w swym liście do akcjonariuszy, że ich użytkownicy stoją w obliczu podobnego wyzwania jak ktoś, kto chce uniknąć zakażenia chorobą weneryczną: liczy się nie tylko to, z kim śpisz, ale też to, z kim oni sypiają. Przestrzega przed modelami, które tworzą w zaciszach biur dwudziestokilkuletni doktorzy fizyki, opierając się na danych historycznych.
Rok 2009 był dużo lepszy, ale i tym razem nie obyło się bez rozczarowań. Najboleśniejsze dla Buffetta są losy jego przygody z lotnictwem. Przez lata naśmiewał się z rozrzutności amerykańskich bossów i uważał korporacyjne samoloty za kosztowne zabawki. Dopóki sam nie kupił małego samolotu, w którym się zakochał. Potem nabył firmę Executive Jet Aviation i zbudował biznes, który pozwala wielu ludziom być właścicielem kawałka samolotu po to, aby móc z niego od czasu do czasu korzystać. Interesy poszły początkowo tak dobrze, że w 1999 r., zanim lotnictwo pasażerskie wpadło w tarapaty, Buffett kupił 8 proc. światowej produkcji cywilnych samolotów odrzutowych. Pozycja rynkowa NetJets, bo tak nazywa się jego firma lotnicza, rosła szybko, ale jak właśnie przyznał, straciła dużo pieniędzy i gdyby nie wsparcie Berkshire, nie przetrwałaby. Ale Buffett nie rezygnuje i w tym roku oczekuje poprawy.
Ma przejrzystą strategię zakupów. Preferuje duże niezadłużone firmy, które regularnie generują zyski, mają jasny model biznesu i stabilne kierownictwo. Uważa, że wartość firmy zależy w ogromnym stopniu od jakości ludzi u steru. Większością firm, które kupił, do dziś kierują ci sami ludzie, którzy mu je sprzedali. Niektórzy mają grubo po siedemdziesiątce. Najlepszym wypisuje czeki, a nie opcje, które uważa za grzech współczesnej Ameryki, bo skróciły jego zdaniem horyzont myślenia o przyszłości firmy. Buffett nie uczestniczy w aukcjach. "Przekonaliśmy się, że gdy wykazujesz zainteresowanie zakupem psa rasy collie, kupa ludzi dzwoni, proponując ci spaniela".
Gdy Buffett mówi , wszystkie giełdy, i nie tylko one, słuchają. W ostatnich tygodniach wiele emocji i komentarzy wzbudziło jego stanowisko w dwóch kwestiach. Pierwsza to wynagrodzenie dla doradców inwestycyjnych. Druga to odpowiedzialność kierownictwa i rad nadzorczych firm giełdowych.
Buffett przypomina , że doradca dostaje pieniądze wtedy, gdy rekomenduje zakup lub fuzję, a nie wtedy, gdy od takich transakcji odwodzi, co często z punktu widzenia akcjonariusza byłoby bardziej sensowne. Gdy Berkshire ostatnio kupowało kolej, sprzedający zapłacił za poradę dwóm firmom prawie 50 mln dol. za, jak powiada Buffett, ekwiwalent dwóch tygodni pracy. Buffett nie użył banku inwestycyjnego. "Jeśli potrzebuję rady, czy kupić, pewno nie powinienem się do tego zabierać".
Od 2008 r. w USA dokonano 230 transakcji fuzji lub akwizycji o wartości przekraczającej 1 mld dol. Z tego tytułu bankom zapłacono około 3,3 mld dol. Gdy dochodzi do transakcji, nietrudno zapłacić doradcom wielkie sumy, bo gubią się one w całości transakcji. To jak napiwek przy kolacji. Rzadko natomiast płaci się komuś, kto odradza posiłek. Tak samo zresztą działa mechanizm zapłaty dla brokerów w handlu nieruchomościami czy w obrocie akcjami. Potencjalne rozwiązanie to zatrudnienie przez radę nadzorczą doradcy, który jest przeciwny transakcji, i uzależnienie jego wynagrodzenia od ostatecznej decyzji. Płaci mu się wówczas, gdy transakcja nie dochodzi do skutku.
Dość często walutą transakcji są własne akcje, co wymaga dodatkowej emisji. Zwykle traktuje się tę walutę jak darmową, a tak nie jest. Gdy dochodzi do rozwodnienia własności, płacą za to akcjonariusze. Buffett twierdzi, że gdy on i jego długoletni partner 86-letni Charles Munger emitują nowe akcje, czynią to z podobnym entuzjazmem, z jakim przygotowują się do kolonoskopii.
Za głęboko niemoralną uważa Buffett sytuację, że to na akcjonariuszy, a nie szefów i rady nadzorcze firm, które poniosły ogromne straty, spada niemal cały ból finansowy. Cztery największe fiaska finansowe ostatnich dwóch lat kosztowały akcjonariuszy łącznie 500 mld dol. Szefowie i dyrektorzy mają się w większości świetnie. Tak być nie powinno. Jeśli szef firmy nie radzi sobie z zarządzaniem ryzykiem, powinien szukać zatrudnienia gdzie indziej. A jeśli rada pozostawiła go u steru i doprowadziła do katastrofy, zarówno on, jak i rada, a nie tylko akcjonariusz i podatnik, powinni ponieść finansowe konsekwencje fiaska. Zbyt długo zdaniem Buffetta korporacyjni bonzowie i ich klakierzy w radach cieszyli się marchewką, a nigdy nie oglądali kija.
*Autor jest publicystą i ekonomistą, na stałe mieszka w USA
