Biznes Ludzie Pieniądze

Program "Owoce w szkole" - szczytne cele. Wyszło jak zawsze

Sylwia Śmigiel
2010-03-08, ostatnia aktualizacja 2010-03-09 01:56

Uczniowie II b z olsztyńskiej podstawówki nr 2 wcinają darmową marchewkę (jeszcze w słupkach) w ramach akcji
Uczniowie II b z olsztyńskiej podstawówki nr 2 wcinają darmową marchewkę (jeszcze w słupkach) w ramach akcji "Owoce w szkole"
fot. Agnieszka Sadowska

W czasie szkolnej przerwy zamiast batona jabłko, zamiast chipsów rzodkiewki - założenie było szczytne, ale wykonanie już gorsze. Teraz dzięki zniesieniu obowiązku krojenia warzywa w słupki zdrowe przekąski będzie dostawać ponad 90 proc. więcej uczniów niż we wcześniejszym semestrze.

"Owoce w szkole" to program wymyślony przez Komisję Europejską, która na jednym ogniu chciała upiec dwie pieczenie: po pierwsze, skłonić dzieci do jedzenia owoców i warzyw. Ponieważ pod nazwą programu kryły się nie tylko jabłka czy gruszki, ale także papryka czy marchewka. Po drugie - wesprzeć europejskich rolników skarżących się, że z rynku wypierają ich chińskie jabłka i rzodkiewki.

Polska podobnie jak inne kraje Unii zgłosiła się do programu. Dostała z budżetu unijnego 9,2 mln euro (do których dołożyła własne 3 mln euro). Za te pieniądze w tym roku szkolnym dzieci z klas 1-3 szkoły podstawowej miały bezpłatnie dostawać porcje owoców i warzyw. Do zjedzenia na dużej przerwie.

Dobry pomysł?

Dobry. Zwłaszcza że z raportu MillwardBrown wynika, że do 120 tys. uczniów podstawówek przychodzi do szkoły głodnych.

Niestety, program zaczął się sypać.

Zainteresowanie owocami i warzywami było olbrzymie. W całym kraju zgłosiło się ponad 9 tysięcy szkół, które chciały dostać darmowe przekąski dla dzieci. Ale owoce i warzywa dostało tylko 2,5 tys. szkół, do których uczęszcza ok. 250 tys. dzieci. Szybko się okazało, że brakuje dostawców. Nie było komu wozić do szkół porcji rzodkiewki, papryki czy gruszek. Firmy masowo zaczęły się wycofywać z programu, bo przestraszyły się warunków. Zapłatę za dowiezione owoce firmy miały dostać dopiero po zakończeniu semestru szkolnego. Co gorsza, Ministerstwo Rolnictwa wymyśliło, że dostarczane warzywa mają być pokrojone w słupki.

Gdy pociechy zaczęły przynosić do domu oklapłe "słupki warzywne", z wyglądu nie pierwszej świeżości, rodzice zaczęli prosić szkoły, by przestały wciskać dzieciom "to coś".

Skąd wziął się przepis o krojeniu warzyw i owoców w słupki? - Był wzorowany na programie angielskim - odpowiada resort rolnictwa, tłumacząc, że miało to ułatwiać dzieciom jedzenie.

Skargi szkół i firm w końcu przyniosły efekt. 9 lutego rząd zmienił rozporządzenie i złagodził wymogi programu "Owoce w szkołach". Od teraz owoce mogą być dostarczane do szkół w całości. Warzyw nie trzeba kroić w słupki, mają tylko być gotowe do spożycia. Z listy zamawianych produktów wyleciał ogórek, bo dostawcy mieli problemy z zachowaniem jego świeżości.

- Pierwszy semestr potraktowaliśmy pilotażowo. Po wszystkich zastrzeżeniach i uwagach strategia została zmieniona. I z tego się cieszymy - mówi Iwona Ciechan, rzecznik Agencji Rynku Rolnego, odpowiedzialnej za wdrożenie "Owoców w szkole". - Program jest bardziej elastyczny. Szkoła i dostawca mogą dowolnie ustalić, jakie produkty mają być w zestawie dla dzieci. Będą mogli przy tym uwzględnić ich podaż w danym regionie, udział produktów charakterystycznych dla regionu oraz upodobań i preferencji dzieci - mówi.

W tym semestrze w programie ma uczestniczyć już ponad 5,6 tys. szkół i 571 tys. dzieci, czyli ponad 90 proc. więcej niż w poprzednim.

Przedsiębiorcy się cieszą, ale nie wszyscy? - Po co było to całe zamieszanie? Przecież od razu było wiadomo, że pomysł z krojeniem marchewki się nie sprawdzi. A zobowiązanie do dostarczania słupków oznaczało dla nas inwestycje - mówią niektórzy przedsiębiorcy.

Poniósł je Grzegorz Szyłow, szef hurtowni owocowo-warzywnej Jens w Suwałkach. Żeby wejść do programu, zainwestował kilkanaście tysięcy złotych. Przygotował halę, sam zaprojektował maszyny do krojenia w słupki - wykonał je na specjalne zamówienie. Pocięte wieczorem, spakowane owoce i warzywa rano były rozwożone po szkołach. Hurtownia Jens obsługiwała 25 szkół, czyli około 2 tys. dzieci.

A co teraz, gdy słupki przestały już być obowiązkowe? Szyłow wzrusza ramionami. Nadal będzie rozwoził krojone warzywa i owoce. - Robiłem te inwestycje z myślą, że program przynajmniej kilka lat potrwa - tłumaczy.

- Początki są zawsze trudne, więc żeby brać udział w jakimś programie, trzeba być odważnym - komentuje Karol Sobański, szef Poldrobiu, innej firmy realizującej program "Owoce w szkole".

Mimo korekt owoce prawdopodobnie i tak nie dotrą do wszystkich zainteresowanych szkół. Choćby do podstawówki w Daniłowie Dużym w województwie podlaskim. - Wciąż jesteśmy w trakcie poszukiwania dostawcy. Szkoda, bo korzystamy z innych programów i dzieci dostają już mleko - mówi Ewa Chrabołowska, dyrektorka szkoły. W zeszłym roku też nie udało się jej znaleźć dostawcy.

Władze są jednak w optymistycznych nastrojach. - Spodziewamy się, że chętnych firm będzie więcej - zapewnia przedstawicielka Agencji Rynku Rolnego. Przypomina przykład innego programu: "Szklanka mleka". Z nim też na początku były problemy. Ale teraz darmowe mleko (tj. opłacane przez państwo) piją już uczniowie 80 proc. szkół.

- Wszystko rodzi się w bólach - wzdycha szef Poldrobiu. - Skoro słupki nie są już obowiązkowe, sytuacja powinna się poprawić.

On sam chce teraz do szkół dostarczać jabłka (w całości) plus miks warzywny, którego głównym składnikiem jest marchewka, rzodkiewka i papryka. Pocięte w talarki.

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

3.8

12 głosów