Już przed spotkaniem Papandreu zapowiadał, że nie chce od Waszyngtonu pomocy finansowej, chce natomiast rozmawiać o zwiększeniu handlu z
USA oraz o większej globalnej kontroli nad rynkami finansowymi. Po spotkaniu z premierem Grecji Obama nie wyszedł do dziennikarzy. Natomiast Papandreu powiedział, że reakcja Obamy była "bardzo pozytywna" i prezydent USA obiecał zająć się tą kwestią na najbliższym spotkaniu G20. Wcześniej w wykładzie w Brookings Institution Papandreu mówił, że spekulanci grający z powodu kryzysu w Europie na osłabienie euro wzmacniają tym samym dolara i uderzają w amerykański
eksport. - Jeśli Europa i Ameryka razem stworzą nowe globalne regulacje finansowe, to powstrzymamy takie działania spekulantów - mówił Papandreu.
Jego minister finansów George Papaconstantinou dodawał: - Przecież człowiek nie może wykupić polisy od ognia na dom swego sąsiada, potem go spalić i odebrać ubezpieczenie!
Grecy oskarżają fundusze wysokiego ryzyka, że od miesięcy grały na rynkach na to, że
Grecja nie będzie w stanie spłacić swych długów. Wielu komentatorów w USA twierdziło jednak wczoraj, że rząd w Atenach umyślnie rozdmuchuje rolę spekulantów w wywołaniu kryzysu greckiego, by odsunąć od siebie odpowiedzialność za zadłużanie kraju ponad miarę i rozdęty
budżet.
Komentatorzy podkreślali też, że między oboma krajami jest uderzające podobieństwo. Grecja to najbardziej zadłużony kraj Europy z
deficytem budżetowym w wysokości ponad 12 proc., USA mają deficyt 10 proc. Jednak Papandreu obiecuje, że w trzy lata oszczędnościami zredukuje deficyt do 3 proc., Obama - że tylko do 6-7 proc. "Grecja musiała uderzyć o dno, zanim zaczęła działać, Stany Zjednoczone chyba czeka ten sam los" - pisał wczoraj złośliwie komentator "Washington Post" Dana Milbank.
Prócz Obamy Papandreu ma spotkać się w Waszyngtonie także z szefową dyplomacji USA Hillary Clinton i ministrem finansów Timothym Geithnerem.