Rosjanie rozpoczęli wielką promocję swojego gazu w Europie, bo tamtejsze firmy energetyczne zwiększyły zakupy tańszego surowca od konkurentów Rosjan. Według agencji Interfax wielu kluczowych klientów Gazpromu już dostało wielkie rabaty na
import gazu z Rosji, inni kończą negocjacje w tej sprawie.
Najbardziej na rękę Gazprom poszedł tym klientom, którzy w zeszłym roku nie wypełnili kontraktów. Chodzi o to, że w wieloletnich kontraktach gazowych obowiązuje zasada "bierz lub płać". To znaczy, że odbiorca musi co rok zapłacić za uzgodnioną część zamówionego gazu (np. 80 proc.), nawet jeśli sprowadzi go mniej.
W zeszłym roku większość zachodnich koncernów sprowadziła z Rosji mniej gazu, niż przewiduje zasada "bierz lub płać". Bo z powodu kryzysu spadło zapotrzebowanie na gaz i na rynku dostaw bezpośrednich (spot) jest bardzo dużo skroplonego surowca LNG, o 50 do 70 proc. tańszego niż gaz z Rosji. Nie bacząc na uzgodnienia z Gazpromem, zachodnie koncerny wybierały tańszych dostawców. I zmusiły Rosjan do ustępstw.
Pod koniec lutego niemiecki E.ON uzgodnił z Gazpromem, że ok. 15 proc. gazu zamówionego z Rosji będzie kupować po cenach z rynku spot. To oznacza rabat 5 do 7 proc. Według Interfaxu podobne rabaty negocjują dwie kolejne niemieckie firmy gazowe Wingas i WIEH. Rabaty nieujawnionej wysokości uzyskał też włoski ENI - "aby zwiększyć konkurencyjność rosyjskiego gazu we Włoszech", jak wyjaśnił Gazprom. Rabat 6,5 proc. dostała od Rosjan turecka firma Botas, a ponadto Gazprom zwolnił tę firmę ze 160 mln dol. kary za nieodebrany gaz.
Czeski RWE Transgas odmówił Rosjanom zapłaty kary za nieodebrany gaz i chce, by Gazprom zmniejszył z 90 do 80 proc. pulę dostaw objętą zasadą "bierz lub płać". Słowacki koncern SPP na żądanie zapłaty 150 mln dol. za nieodebrany gaz pozwał Rosjan do arbitrażu w Paryżu, domagając się takiej samej kwoty za zmniejszenie tranzytu gazu. Korzystniejsze warunki dostaw Gazprom przyznał już węgierskiej spółce E.ON i negocjuje je z Austriakami i Finami.
Nasi gazownicy mogą zgrzytać zębami z irytacji. W zeszłym roku
Polska jako jedyna w UE zwiększyła import gazu z Rosji i jeszcze PGNiG wynegocjowało dalsze zwiększenie dostaw, i to aż do 2037 r. Ale PGNiG wytargowało od Gazpromu na pięć lat prawo do maksymalnie 1,5-proc. rabatu. W zamian nasz koncern zwolnił Rosjan z długów za tranzyt gazu przez Polskę szacowanych na 180 do 380 mln dol.
Jednak rabaty dla zachodnich koncernów to drobiazg w porównaniu z ulgami, jakie Gazprom przyznaje spółce Tancredo Enterprises z Cypru na gaz przesyłany tranzytem przez Polskę gazociągiem jamalskim. Sprawę opisał
dziennik "Wiedomosti".
Bank Gazpromu ma 51 proc. udziałów w spółce wydobywającej gaz na Syberii - na Zachodzie można sprzedać ten surowiec 5-10 razy drożej niż w Rosji. Ale prawo do
eksportu gazu z Rosji ma tylko Gazprom. Jak ominąć ten zakaz, nie oddając Gazpromowi lwiej części dochodów?
Według "Wiedomosti" wymyślono specjalny łańcuch pośredników. Gaz ze złóż Gazprombanku kupuje łańcuszek pośredników w Rosji i dostarcza go gazociągiem jamalskim na granicę Rosji z Białorusią. Tu surowiec kupowała jedna z niemieckich spółek Gazpromu. Po przesłaniu gazociągiem jamalskim przez Białoruś i Polskę na granicy z Niemcami surowiec kupowała firma Tancredo i natychmiast odstępowała go Gazpromowi do sprzedaży niemieckim klientom. Za wystawianie faktur cypryjski pośrednik dostawał minimum 46 dol. od każdego 1 tys. m sześc. gazu. Większość udziałów w Tancredo ma bank Gazpromu, ale 4,9 proc. akcji należało do także cypryjskiej firmy Hopkinsville Trading, o której właścicielach nic nie wiadomo.
Proceder zaczął się w 2007 r. i według szacunków "Wiedomosti" przyniósł Tancredo co najmniej 1 mld dol. zysku. Wykorzystywaniem przez Gazprom gazociągu jamalskiego do transakcji z cypryjskim pośrednikiem zainteresowali się rosyjscy celnicy. Ale w lutym rząd Władimira Putina wstrzymał postępowanie w tej sprawie.