Pracę w PZU straci w tym roku 2079 osób z 15 tys. zatrudnionych. Kolejnych 4,5 tys. czeka podpisanie nowej umowy. Dla części pracowników będzie to formalność - zmienią się przecinki w umowach. Reszta stanie przed wyborem: albo zgodzą się na zmianę miejsca
pracy i więcej obowiązków, albo odejdą z firmy.
W sumie restrukturyzacja obejmie 6655 pracowników, o niespełna tysiąc mniej, niż wcześniej planowano. Zwolnienia rozpoczną się 26 marca i potrwają do 20 listopada.
- Dziękuję stronie związkowej oraz negocjatorom ze strony pracodawcy za wspólnie osiągnięty wynik negocjacji - powiedział Rafał Stankiewicz, członek zarządu PZU odpowiedzialny za restrukturyzację. Przekonuje, że chce ograniczyć zatrudnienie przy jak najmniejszych kosztach społecznych. - Dlatego też uzgodnione w porozumieniu ze Związkami Zawodowymi warunki odejścia, które będziemy proponować pracownikom, są dużo korzystniejsze od odpraw ustawowych - dodał.
Pracownicy objęci zwolnieniami grupowymi, którzy zgodzą się na rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, dostaną odprawę w ustawowej wysokości i dodatkowe rekompensaty uzależnione od stażu pracy. Na dodatkowe odprawy w wysokości od jednej do czterech miesięcznych pensji będą mogły liczyć osoby, które przepracowały w firmie co najmniej 20 lat. Wysokość odpraw będzie wyliczana indywidualnie.
Dla odchodzących pracowników przygotowano też program osłonowy - doradztwo w znalezieniu nowej pracy, przygotowania do rozmów kwalifikacyjnych i prowadzenia własnej działalności gospodarczej.
- Nie mamy wyboru, musimy podjąć trudne decyzje, bo jesteśmy do tego zmuszeni - tłumaczył przed miesiącem prezes PZU Andrzej Klesyk. I pokazywał liczby: - Koszty administracyjne mamy na poziomie 12 proc., a każda szanująca się instytucja naszej wielkości powinna mieć 8 proc. Inaczej nie będziemy mogli konkurować z międzynarodowymi grupami finansowymi obecnymi na polskim rynku.
Zmiany są konieczne, bo jeszcze w tym półroczu PZU ma zadebiutować na
warszawskiej giełdzie. Będzie to możliwe dzięki zakończeniu w październiku wieloletniego konfliktu między głównymi akcjonariuszami spółki - skarbem państwa i holenderskim Eureko. Według pytanych przez "Gazetę" analityków zwolnienia mogą poprawić notowania PZU wśród inwestorów.
PZU to kolos na glinianych nogach. Choć w tym roku zarobi nawet 4 mld zł, to od lat traci udziały w rynku. Niedawny monopolista dzisiaj sprzedaje już zaledwie co trzecią polisę komunikacyjną. Jeśli nie powstrzyma tego trendu, za kilka lat może stracić pozycję lidera na rynku ubezpieczeniowym.
Poprawić musi się wydajność pracowników. O ile w większości firm ubezpieczeniowych pracownik załatwia sześć-siedem szkód dziennie, o tyle w PZU średnio zaledwie półtorej.
- Wielkość zatrudnienia musimy dopasować do potrzeb firmy - uważa Rafał Stankiewicz, członek zarządu PZU. Jego zdaniem żadna firma nie może sobie pozwolić na utrzymywanie dwa razy większej liczby pracowników, niż potrzebuje. - W wielu miastach mamy po dwie placówki, osobną dla spółki życiowej i osobną dla majątkowej. To nie ma sensu i będziemy je łączyć - tłumaczy Stankiewicz.
To już druga fala zwolnień w PZU. Pod koniec ubiegłego roku
pracę straciło 300 osób. Liczba dyrektorów w centrali spółki spadła o jedną czwartą, a w regionach zmniejszyła się nawet o połowę. Cięcia były jednak dwukrotnie mniejsze, niż wcześniej planowano. Na więcej nie zgodziły się związki zawodowe.