Biznes Ludzie Pieniądze

TVP schodzi na ziemię. Zarząd chce rozwiązać umowę z Astrą

Vadim Makarenko
11.03.2010 , aktualizacja: 11.03.2010 21:08
A A A Drukuj
Telewizja publiczna płaci za miejsce na satelicie, którego praktycznie nie używa. Zarząd TVP chce rozwiązać umowę, którą przed odejściem podpisał były prezes Piotr Farfał
Wrzesień 2009 r., konferencja zapowiadająca platformę cyfrową TVP. Od lewej prezes SES Astra Aleksander Ondendijk, w środku były prezes TVP Piotr Farfał, z prawej - dyrektor technologii, inwestycji i zakupów TVP Wiesław Łodzikowski
Wrzesień 2009 r., konferencja zapowiadająca platformę cyfrową TVP. Od lewej prezes SES Astra Aleksander Ondendijk, w środku były prezes TVP Piotr Farfał, z prawej - dyrektor technologii, inwestycji i zakupów TVP Wiesław Łodzikowski
Platforma cyfrowa telewizji publicznej miała wywołać rewolucję na rynku, oferując widzom bezpłatny dostęp do wszystkich kanałów TVP za pośrednictwem satelity (w przyszłości miała zarabiać na płatnych pakietach innych kanałów). Jej start były prezes Piotr Farfał ogłosił we wrześniu 2009 r. W ciągu pierwszego roku miała zdobyć 700-900 tys. abonentów. Dziś - po sześciu miesiącach - TVP nie ma abonentów. Ma natomiast umowę do 2014 r. na dzierżawę miejsca na satelicie z luksemburskim operatorem SES Astra, za co płaci miliony złotych rocznie. I to dziś, gdy nadawca stoi na krawędzi przepaści finansowej - zabiega o kredyt obrotowy, planuje kolejne zwolnienia, sprzedaż nieruchomości i zawieszenie niektórych kanałów tematycznych.

Opanowany przez PiS i SLD zarząd szuka wyjścia z tej sytuacji.

Bo sygnał się wylewał

To, że wielki projekt jednoosobowego zarządu Piotra Farfała zakończy się fiaskiem, było jasne już w kilka tygodni po starcie, gdy nowe władze TVP postanowiły zakodować sygnał wszystkich swoich kanałów na satelicie Astra. Powód: to brak uzgodnień z właścicielami praw autorskich. Pretensje zgłaszały firmy handlujące prawami autorskimi oraz studia filmowe, którym nie podobało się, że kupując prawa do pokazywania ich programów wyłącznie w Polsce, telewizja publiczna pozwala odbierać je również części domów w krajach ościennych. A za to trzeba płacić dodatkowo.

Przed tym problemem TVP miała uchronić technologia pozwalająca ograniczyć odbiór poza krajem (tzw. spot-beam), którą oferował właściciel satelity. Dlatego Piotr Farfał zdecydował się zaoszczędzić na kosztach kodowania sygnału. Jednak obecny zarząd TVP twierdzi, że technologia nie zdała egzaminu. - Okazało się, że zawężenie wiązki sygnału z satelity wywołało problemy z odbiorem na południu kraju. Sygnał tam był po prostu słabszy - mówi Włodzimierz Ławniczak, członek zarządu TVP. I podkreśla, że uruchomienie platformy miało pozwolić telewizji publicznej dotrzeć do widzów na tych obszarach kraju, gdzie są problemy z odbiorem przez nadajniki naziemne. A największe trudności były z tym zawsze na południu Polski.

Polskie biuro SES Astra nie skomentowało tych zarzutów.

Ponieważ zakodowano sygnały programów TVP na Astrze, sklepy nie chciały sprzedawać dekoderów do odbioru tej platformy. A sama telewizja nie zaczęła nawet sprzedaży kart, dzięki którym widzowie mogliby w przyszłości oglądać również kanały płatne. Projekt zamrożono.

Załącznik goni załącznik

Farfał podpisał załącznik do umowy TVP z SES Astra w połowie września ub.r., a 1 października przestał być prezesem. Nowe władze TVP od razu zaczęły rozważać, jak wyrwać się z objęć Luksemburczyków. Zarząd następnego prezesa Bogusława Szwedy zamówił opinie w dwóch kancelariach prawnych. Co w nich było? Janusz Petrykowski, doradca zarządu TVP, nie odpowiada jasno. - Wskazują one, że występuje dość duże prawdopodobieństwo, iż umowę podpisano z naruszeniem prawa o zamówieniach publicznych - mówi. Zgodnie z prawem telewizja publiczna miała wyłonić operatora satelitów w przetargu, ale zarząd Farfała uciekł się do fortelu i przedłużył umowę z Astrą podpisaną przez zarząd Jana Dworaka w 2005 r., gdy obowiązywała inna ustawa o zamówieniach publicznych. W 2006 r. aneks do tej samej umowy podpisał zarząd Bronisława Wildsteina.

Jednak opinie prawne w tej sprawie musiały być niejednoznaczne, skoro telewizja sama nie zdecydowała się na wypowiedzenie umowy obwarowanej wysokimi karami. "Dziennik Gazeta Prawna" poinformował, że oba załączniki do umowy bada Urząd Zamówień Publicznych. - Prowadzimy też rozmowy z SES Astra, żeby rozwiązać umowę za porozumieniem stron - ujawnia Włodzimierz Ławniczak z TVP. SES Astra nie chce wypowiadać się w tej sprawie. - Mamy ważną umowę z TVP - ucina Krzysztof Surgowt, szef polskiego biura koncernu. To samo mówi Markus Payer, rzecznik SES Astra.

TVP i SES Astra różnią się w ocenie sytuacji. Luksemburczycy stoją na stanowisku, że zgodnie z umową telewizja publiczna ma dzierżawić jeden transponder na ich satelicie do końca 2014 r. - Teoretycznie dziś obowiązuje jedna umowa z 2005 r. [podpisana przez zarząd Jana Dworaka], która kończy się w grudniu tego roku - mówi Petrykowski i dodaje, że dziwi go postawa kontrahenta. - Chodzi o miejsce na bardzo popularnym satelicie. SES Astra może sprzedać je bardzo szybko i pewnie na lepszych warunkach, niż sprzedaje nam - dodaje.

Ile to kosztuje?

Analitycy szacują wartość umowy z SES Astra na co najmniej 100 mln zł w ciągu czterech lat. Mniej więcej tyle wyniosła strata brutto TVP za 11 miesięcy ub.r. Oznacza to, że co roku TVP ma płacić za dzierżawę pojemności na satelicie ok. 25 mln zł, choć nie używa ich zgodnie z przeznaczeniem. Zarząd TVP mówi o kwocie "kilkunastu milionów złotych". Do końca maja tego roku TVP będzie płacić koncernowi SES Astra za dwa transpondery, ale od czerwca jeden z nich zostanie zwrócony zgodnie z załącznikiem podpisanym przez Farfała, gdyż telewizji nie udało się uzyskać koncesji Krajowej Rady na platformę cyfrową. Do kiedy trzeba będzie płacić? W najlepszym przypadku do końca tego roku, w najgorszym - do roku 2014. A platformy cyfrowej jak nie było, tak nie ma.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów