Biznes Ludzie Pieniądze

Walka z wiatrakami. ''Wywiozę wójta, jeśli zgodzi się na elektrownię''

Anita Dmitruczuk, Arkadiusz Kuglarz
2010-03-16 , aktualizacja: 14.03.2010 21:37
A A A Drukuj
W roli Don Kichota były poseł Mniejszości Niemieckiej. Walczy z wiatrakami do wytwarzania prądu, które chce postawić inwestor z Niemiec. A wszystko dzieje się nie w Hiszpanii, lecz na Opolszczyźnie
Joachim Bobzin, prezes Clean Energy
Fot. Rafał Mielnik / Agencja Gaz
Joachim Bobzin, prezes Clean Energy
W lutym Krzysztof Sztejnike z warszawskiego studia niemieckiej telewizji ARD przyjechał z ekipą do Rozkochowa pod Opolem, żeby zbierać materiał do programu o polskiej gospodarce. - Polska jest jedynym krajem z dodatnim PKB w Europie, czemu więc Niemcy nie mieliby tu inwestować? W naszym dokumencie chcemy pokazać tych, którzy to zrobili. Odwiedziliśmy już kilka polskich miast, teraz przyjechaliśmy na Opolszczyznę, bo tu Clean Energy postawi elektrownie wiatrowe. To będzie pozytywny program - zapewnia Sztejnike.

Nie będziemy inwestorowi kłaniać się w pas

Kłopot w tym, że w historii inwestycji Clean Energy w Rozkochowie niewiele jest pozytywnego. We wsi miałoby stanąć 26 wiatraków, każdy wart 3 mln zł, a energia z nich płynąca według zapewnień inwestora będzie o połowę tańsza niż energia z węgla. Wartość całej inwestycji może sięgnąć 300 mln euro. Gmina Walce, w której Rozkochów leży, dostanie jednorazowo 2 proc. od wartości każdego wybudowanego wiatraka. - To potężny zastrzyk pieniędzy. Bardzo zależy nam więc na tej inwestycji, ale wszystkie procedury musimy przeprowadzić ostrożnie, żeby nijak nie można było zaskarżyć decyzji o zgodzie na budowę - mówi Bernard Kubata, wójt gminy Walce.

Jest ostrożny, bo kilkanaście osób w gminie nie chce słyszeć o stawianiu wiatraków i skutecznie jak dotąd blokuje inwestycję. Na ich czele stoi lokalny działacz, były poseł Mniejszości Niemieckiej Joachim Czernek. - Nie mamy nic do energii odnawialnej i wiatraków. Jesteśmy jednak przeciwko stawianiu ich zbyt blisko zabudowań, bo to jest szkodliwe. Naszym zdaniem zdrowie mieszkańców jest ważniejsze od zysków z inwestycji dla gminy - oświadcza Czernek.

Nie dysponuje żadnymi ekspertyzami ani opiniami na ten temat, uważa jedynie, że stawianie wiatraków w odległości 500 metrów od domów to za blisko. - Z naszych obserwacji w innych krajach wynika, że odległość powinna wynieść 3-5 km. W takim razie inwestor w naszej gminie nie ma co szukać, bo tu nie ma tak dużych odległości między poszczególnymi wsiami - kwituje Czernek.

Żąda, by tak zmieniono plan zagospodarowania przestrzennego w gminie, by także w przyszłości nie można było tu stawiać wiatraków. - To ludzie są podmiotem, a nie inwestor. Nie zamierzamy kłaniać mu się w pas - podkreśla Czernek.

Prezes Clean Energy Joachim Bobzin mówi, że ludzie mają prawo protestować, ale chciałby ich w rozmowie na rzeczowe argumenty przekonać do inwestycji. - Przedstawiliśmy w raporcie oddziaływania na środowisko ekspertyzy przeprowadzone przez Politechnikę Wrocławską, Politechnikę Opolską oraz przytoczyliśmy dane z literatury światowej na ten temat. Wynika z nich niezbicie, że elektrownie wiatrowe nie stwarzają żadnego zagrożenia dla zdrowia ludzi. Przecież wytwarzają prąd bez szkodliwych emisji, nie zużywają żadnych cennych surowców i nie pozostawiają żadnych odpadów. Wynikiem jest czyste powietrze, zdrowy klimat, a więc lepsze warunki dla życia ludzi - tłumaczy Bobzin.

Podkreśla, że odległość turbin wiatrowych od terenów zamieszkanych została przyjęta w projekcie nawet zdecydowanie ponad normy dotyczące emisji hałasu. Krajowa norma pozwala na postawienie wiatraka w takiej odległości, by emitowany przez niego hałas nie przekraczał w nocy 50 decybeli. W przypadku wiatraka Clean Energy ta odległość wynosi 250 metrów. - My jednak postanowiliśmy, że dla uspokojenia mieszkańców podwoimy tę odległość - podkreśla Józef Hasse z Clean Energy.

Bobzin dodaje, że nieprawdą jest też to, co podnoszą przeciwnicy, że wiatraki odstraszą turystów, albo że przez nie ceny gruntów w okolicy spadną. - Sztandarowym przykładem jest Meklemburgia Przedpomorze, która wytwarza obecnie za pomocą elektrowni wiatrowych ok. 35 proc. prądu elektrycznego przesyłanego do sieci, a jednocześnie ten land zajmuje pierwsze miejsce w Niemczech pod względem ilości miejsc noclegowych dla turystów. A za turystami przychodzą pieniądze, rozwój infrastruktury, co niewątpliwie prowadzi do wzrostu cen nieruchomości - zaznacza prezes Clean Energy.

Uważa, że Czernek podburza ludzi nie dlatego, że kieruje się troską o ich dobro, ale politycznym interesem. - Już prawdopodobnie prowadzi kampanię wyborczą do samorządu - uważa Bobzin. - Prowadzi ją sobie kosztem Clean Energy czy też naszej inwestycji.

Co mi wiatrak przeszkadza?

Historia inwestycji Clean Energy pod Opolem ma już trzyletnią historię i papiery poukładane w trzech rzędach segregatorów. Wszystkie pomiary i ekspertyzy dotyczące wiatraków w Rozkochowie Bobzin przedstawił w gminie. Otrzymał pozytywną decyzję oddziaływania inwestycji na środowisko. Ale kilka rodzin zaskarżyło ją do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. I nie miało znaczenia, że władze gminy i zdecydowana większość mieszkańców jest za wiatrakami. Nawet gdyby w gminie przeprowadzono referendum, to nie miałoby ono żadnego znaczenia, gdyż osoby, które posiadają tzw. interes prawny (np. sąsiedzi inwestycji, organizacje pozarządowe) mają prawo zaskarżyć decyzję władz gminy i SKO musi skargę rozpatrzyć, co jednocześnie oznacza wstrzymanie inwestycji.

Na decyzję SKO Clean Energy musiało czekać rok! W tym czasie, płacąc pracownikom oraz za wynajem biur i tłumacząc bankowi, czemu plan inwestycji się zmienia.

W końcu SKO odrzuciło argumenty mieszkańców, ale nakazało Clean Energy uzupełnić dokumenty. Bo Bobzin przyznał, iż chce w przyszłości postawić kolejne wiatraki w Walcach i innych okolicznych gminach. SKO zatem zażądało analizy, jak te wszystkie inwestycje będą oddziaływać na środowisko. Tyle że plany Bobzina to tylko plany i jeśli nie wie, gdzie dokładnie będą stały kolejne wiatraki, nie może rzetelnie odpowiedzieć na pytanie, jak będą one na siebie wpływać. Żądanie SKO wydaje mu się więc nielogiczne i zaskarżył je do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Na jego orzeczenie czekają zarówno w Clean Energy, jak i w Rozkochowie.

Bo ogromna większość mieszkańców chce, żeby wiatraki powstały. - Co mi wiatrak przeszkadza? Ja wiem, jak to wygląda, bo jak byłem w Austrii, to sobie taki dokładnie obejrzałem - powiada Engelbert Grieger, mieszkaniec Rozkochowa. - A jak jeszcze powietrze ma być czystsze i prąd tańszy, to co się zastanawiać - dodaje.

Na inwestycji Clean Energy już zyskał, bo za pięć arów swojego pola, na którym ma stanąć wiatrak, dostał ok. 60 tys. zł, a w Rozkochowie hektar kosztuje ok. 50 tys.

- Chciałem, żeby mi dwa wiatraki postawili, ale jak sąsiad zza miedzy usłyszał, ile dają, to też chciał. Więc jeden kawałek pola kupili ode mnie, a drugi od niego - mówi Gieger.

- Pani, te protesty to ze zwykłej zawiści robią - dorzuca pan Arnold, który z wiatrakami obeznał się w Holandii, gdzie pracował. - Wiadomo, jak człowiek widzi, że inny zarobi, a on nie, to uważa, że mu się niesprawiedliwość dzieje - dowodzi.

Prezes Clean Energy zaznacza, że jego firma nigdy nie działałaby wbrew interesom mieszkańców. - Nigdy nie wybudujemy elektrowni wiatrowych w tych miejscowościach, w których większość mieszkańców opowie się przeciw. Ale większość ludzi, również w tej gminie, popiera nasze przedsięwzięcie. Ci mieszkańcy nie są jednak krzykliwi, w przeciwieństwie do głównego mówcy protestujących - kwituje.

To nie Polacy hamują

Bobzin mówi, że nie byłby dobrym przedsiębiorcą, gdyby nie miał planu B. Liczy jednak na pozytywne rozstrzygnięcie sądu. To nie pierwszy projekt, jaki realizuje na Opolszczyźnie, ani nie pierwszy w Polsce. Wcześniej wybudował młyn w Straduni, robi też interesy w Wielkopolsce. Od 1992 prowadzi inwestycje w zakresie budowy farm wiatrowych oraz instalacji biogazowych oraz ma udziały w różnych parkach wiatrowych na terenie Niemiec.

Z domu pod Berlinem przyjeżdża do Rozkochowa przynajmniej raz, czasem kilka razy w tygodniu. Polska infrastruktura mu imponuje. Z pobliskich Krapkowic wjeżdża na autostradę, szybko pokonuje drogę do granicy, a dalej wciąż autostradą, tyle że już niemiecką. Ok. 450 km pokonuje w pięć-sześć godzin.

Mówi, że w podopolskiej gminie zamieszkanej głównie przez mniejszość niemiecką dobrze się czuje. Może swobodnie porozmawiać po niemiecku zarówno z gospodarzami, którzy sprzedają mu działki, pracownikami, jak i administracją.

- Tu nie można mówić o jakieś niechęci Polaków do niemieckiej inwestycji, wszak gminą rządzą Niemcy - mówi z uśmiechem opolski marszałek Józef Sebesta (jest z PO, współrządzi w regionie z Mniejszością Niemiecką).

Na inwestycji wartej 300 mln euro bardzo mu zależy. Bo to niespotykanie ogromna inwestycja w województwie. Dla porównania - Regionalny Program Operacyjny Opolszczyzny to 427 mln euro.

- Cierpliwość każdego dużego inwestora jest ograniczona. Jeśli nie wybuduje on wiatraków w gminie Walce, to zrobi to w innym miejscu. Tylko że jego odejście będzie ze szkodą dla gminy i dla regionu - przyznaje marszałek. Jest jednak dobrej myśli po spotkaniu z wójtem Walców kilka dni temu. - Będzie zgoda na budowę pierwszej części inwestycji, czyli 26 wiatraków w Rozkochowie - mówi marszałek.

Przeciwnicy wiatraków zapowiadają, że w takim razie protest się zaostrzy. - Jeśli wójt rzeczywiście zgodzi się na te wiatraki, to sam kupię taczkę, żeby go na niej wywieźć - grozi tymczasem Czernek.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy