Maciej Bednarek: Wyniki finansowe banków ogłoszone już przez kilka banków za 2009 rok może nie zachwycają, ale widać, że banki są na plusie. Polski sektor bankowy bezspornie ucierpiał w wyniku kryzysu, jaki najpierw dotknął globalne rynki finansowe, a potem sferę realną światowej gospodarki. Jeżeli szukamy przyczyn kryzysu, to leżą one poza granicami naszego kraju, ale jesteśmy częścią globalnej układanki, której elementy coraz ściślej do siebie przylegają. Apogeum przypadło oczywiście na okres bezpośrednio po upadku banku
Lehman Brothers. Wtedy walczyliśmy o zachowanie płynności, a brak płynności w banku oznacza śmierć w ciągu kilku dni. Inne konsekwencje tych wydarzeń nie przybrały skali kryzysu - rosnące rezerwy, konieczność drastycznego cięcia kosztów były już naszym doświadczeniem, nawet w tej dekadzie.
Czy można mówić, że polski sektor bankowy wpadł w kryzys? Czy zbytnio nie przesadzono z rzeczywistą oceną sytuacji? Przypomnę, że wskaźnik kredytów zagrożonych, który oscyluje obecnie wokół 8 proc., przekroczył 20 proc. na skutek spowolnienia z lat 2001-02. Trzeba jednak podkreślić, że mimo ekstremalnie trudnej sytuacji, w jakiej znalazły się właściwie tylko banki, bo kryzys w zupełnie inny sposób uderzył w inne instytucje finansowe czy pozostałe segmenty gospodarki, żaden z nich nie miał większych problemów, a odnotowane przez kilka z nich straty okazały się w skali sektora nieznaczące. Dobra na wejściu pozycja banków i skuteczne poradzenie sobie z konsekwencjami kryzysu sprawiły, że władze kraju nie musiały wydać złotówki na pomoc dla nich, co jest ewenementem w Europie, gdzie tylko na ten cel przeznaczono ponad 300 mld euro. Przy okazji szkoda, że jednak nie udało się wygospodarować środków na poręczenia i gwarancje wspierające dostępność finansowania dla firm. Takie instrumenty, jak wyliczyli eksperci banku centralnego, mogłyby podwyższyć nasz
PKB o 1,3 proc.
Dlaczego polskie banki nie podzieliły losu banków w krajach nadbałtyckich? Sektor, parafrazując klasyka, trzyma się mocno. Wysoki współczynnik wypłacalności, relatywnie niski poziom złych długów, choć można oczekiwać, że jeszcze przez jakiś czas będzie on rósł, względne zbilansowanie poziomu kredytów i depozytów oraz relatywnie mały udział kredytów w walutach. To nas pozytywnie odróżnia od większości krajów regionu. Choć w ostatnich latach pojawiły się pewne błędy, to jednak generalnie nie szukaliśmy drogi na skróty, cały czas koncentrowaliśmy się na podstawowym biznesie, czyli zarabianiu na relacjach z klientami, a nie na inżynierii finansowej. Wymagająca postawa nadzorcy przyczyniała się do utrzymywania wysokich standardów w ocenie ryzyka. Banki nie przelewarowały ani firm, ani gospodarstw domowych.
W jakiej kondycji byłyby dzisiaj polskie banki, jeżeli wyobrazimy sobie, że światowy kryzys finansowy nie miał miejsca? Po kilku latach prosperity gospodarce należał się oddech i spowolnienie w gospodarce prędzej czy później by przyszło. Z grubsza można by uznać, że spowolnienie wpłynęło na zwiększenie poziomu rezerw na zagrożone kredyty, natomiast kryzys na rynkach finansowych uderzył głównie w wynik odsetkowy za sprawą wojny depozytowej. Trzeba jednak pamiętać, że standardowe spowolnienie gospodarcze nie powoduje zmiany w podejściu do biznesu bankowego, tylko wymaga w uproszczeniu podniesienia marż z powodu rosnącego ryzyka i zaostrzenia kryteriów przyznawania kredytów. Tymczasem kryzys wymusił na nas fundamentalną rewizję myślenia o bankowości. Podam przykład: od końca lat 90. krótkoterminowa płynność nie była dla banków problemem, więc banki mogły po prostu sprzedawać pieniądze lekką ręką. Wydawało się, że ta sytuacja będzie trwać wiecznie. Kryzys spowodował, że przychodzi nam znowu działać w warunkach niepewności i zwiększonej zmienności. Trudno przewidzieć, kiedy wrócą takie relacje między bankami, jakie panowały przed upadkiem Lehman Brothers. Zmianie uległy także relacje banków z klientami. Obawiam się, że pokłosiem kryzysu będzie ograniczenie apetytu firm na kredyty, co przełoży się na wolniejszy
wzrost gospodarczy. Wielu przedsiębiorców boleśnie odczuło ostatnie zaburzenia rynkowe i utrudniony dostęp do finansowania i zrozumiało, że podobna sytuacja w przyszłości może całkowicie położyć ich biznes. Dlatego będą woleli rosnąć wolniej, rozwijając się tylko z własnych środków.
Polskie banki pogrążyłyby się w dużo głębszym kryzysie, gdyby nie globalny wstrząs. Wybuch kryzysu zastopował zbyt liberalną politykę kredytową z ostatnich lat. Polskie banki, widząc bardzo silną koniunkturę w gospodarce, szybko rosnące dochody klientów, zaczęły po akcesji do Unii Europejskiej stopniowo podejmować coraz bardziej ryzykowną grę. Oczywiście nie na taką skalę, jak banki zachodnie - praktycznie nie korzystaliśmy z takiego instrumentu jak sekurytyzacja, który przyczynił się w dużej mierze do powstania kryzysu. Niemniej jednak i w naszej działalności można znaleźć odpowiedniki nieodpowiedzialnych zachowań z dojrzałych rynków. Kredyty gotówkowe udzielane w 15 minut, bez sprawdzania zdolności płatniczej klienta, zgoda na spekulację walutową klientów, którzy się na tym nie znają - mam na myśli rosnącą wówczas bardzo szybko sprzedaż kredytów hipotecznych we frankach szwajcarskich, lekceważenie strony pasywnej bilansów, czyli finansowanie 30-, 40-letnich kredytów krótkim pieniądzem, i to nawet nie depozytami własnych klientów, ale pozyskiwanym z rynku międzybankowego. Kontynuacja takiego stanu rzeczy przez kolejnych kilka lat, utrzymanie niekorzystnej relacji kredytów do depozytów sprawiłyby bez wątpienia, że przy okazji jakiegoś zewnętrznego kryzysu nasz system bankowy znalazłby się pod silną presją.
Jakie widzi pan zagrożenia dla sektora bankowego w Polsce w najbliższych latach, zarówno wynikające z kryzysu finansowego, jak i ze sfery realnej? Co jakiś czas straszy się groźbą tak zwanej drugiej fali kryzysu. Badania Narodowego Banku Polskiego, w tym tzw. stress testy, pokazują, że nasz sektor jest zdrowy i wytrzymałby ewentualne wstrząsy wtórne. Banki motywowane zaleceniami nadzoru znacząco podniosły kapitały, zmieniły podejście do ryzyka, są mniej zależne od finansowania na krajowym rynku hurtowym czy z zagranicy, stały się wyczulone na każdy niepokojący sygnał. Najbardziej obawiam się, że zbyt szybko zapomnimy lekcję Lehmana i wrócimy do "radosnej twórczości". To jasne, że optymizm jest potrzebny, dzięki niemu nasi przedsiębiorcy nie przestraszyli się kryzysu, nie zwalniali pracowników, a konsumenci nadal chętnie wydawali pieniądze, co podtrzymało wzrost gospodarczy. Ale po zachodnich bankach widać, że chęć osiągania niebotycznych zysków kosztem podejmowania ogromnego ryzyka się nie zmniejszyła. Widzimy poprawiające się wyniki finansowe wielu instytucji, ale w głównej mierze są one skutkiem spekulacji na różnych aktywach, powstawania kolejnych baniek za sprawą pieniądza dostarczanego praktycznie za darmo przez
banki centralne. A kredytów dla firm i ludności ubywa. U nas widzimy wyraźne ożywienie na rynku kredytów hipotecznych, spadają marże, banki ponownie podnoszą wskaźnik LTV powyżej 100 proc. Rekomendacja T jest konieczna, by ustanowić bezpieczniki, ale z drugiej strony jej regulacje nie mogą przesadnie hamować akcji kredytowej. Z kryzysu płynie jeszcze jedna lekcja - banki muszą być przejrzyste i uczciwe w prezentowaniu oferty produktów i usług.
Sektor bankowy w 2010 roku - poproszę o scenariusz pesymistyczny i optymistyczny. Mój optymistyczny i zarazem bazowy scenariusz zakłada, że wzrost gospodarczy w Polsce przyspieszy, kondycja firm będzie się poprawiać, sytuacja klientów indywidualnych się nie pogorszy. Dzięki temu wyhamuje dynamika przyrostu rezerw i będzie można uruchomić na szerszą skalę akcję kredytową, zwłaszcza dla firm, co jest ważne w kontekście wykorzystywania funduszy unijnych. To pozwoli zwiększyć zyski sektora w porównaniu z 2009 rokiem. Dużo zależy jednak od sytuacji za granicą. Wycofywanie się banków centralnych z polityki dostarczania nieograniczonej płynności i niskich
stóp procentowych może wywołać poważne zaburzenia na rynkach. To jest wariant pesymistyczny. Ciągle wskazana jest więc ostrożność, nie możemy iść na żywioł, tylko dlatego, że ogłoszono koniec globalnej recesji. Fundamenty są bowiem ciągle bardzo kruche i oparte o mechanizmy wspomagające, na które już niedługo w największych gospodarkach świata zabraknie po prostu pieniędzy.