Biznes Ludzie Pieniądze

Dopłaty zmieniły podejście rolników do Unii

Sylwia Śmigiel
15.03.2010 , aktualizacja: 15.03.2010 13:59
A A A Drukuj
- Liczba osób uprawiających ziemię a biorących dopłaty to dwie różne sprawy. Żywność, która rośnie na danym polu, ląduje w innej stodole, niż ARIMR ma w dokumentach - mówi dr Piotr Nowak*, specjalista socjologii wsi Instytutu Socjologii Uniwersytetu Jagiellońskiego, który od 18 lat prowadzi badania nad specyfiką wsi środkowo-południowej*
Bez kombajnu w żniwa ani rusz
Fot. Grzegorz Dąbrowski / AG
Bez kombajnu w żniwa ani rusz
Sylwia Śmigiel: Wieś zmieniła się od momentu naszego wejścia do Unii?

Piotr Nowak: Jest nie do poznania. Widać, na co rolnicy wydają dopłaty. W ciągu ostatnich kilku lat w ich domach przybyło wyposażenia i sprzętu domowego: nowych telewizorów, pralek, mikrofalówek itd. Na wsi zapanował design miejski. Jak wchodzę do tzw. pokoju telewizyjnego, to wystrój bardzo przypomina miejskie mieszkanie.

Na wsi już nie tak łatwo zobaczyć malucha czy poloneza. Są za to używane zachodnie samochody. Swoim ubiorem mieszkańcy wsi nie odróżniają się od mieszkańców miast. Już nie chcą kupować ubrań na tanich bazarach, chętnie odwiedzają miejskie centra handlowe i kupują tam towary.

Wozy drabiniaste też odeszły do lamusa?

- Zdecydowanie. Jeszcze kilka lat temu, kiedy w jednej z gmin na południu Polski rolnik kupił sobie ciągnik Lamborghini za pieniądze z programu unijnego, postawił go na środku podwórka, a rolnicy z okolicznych wsi przychodzili go oglądać. Pytali się, czy mogą się przejechać, bo to była taka ogromna atrakcja. Teraz Lamborghini nie robi już na nich wrażenia. Rolnicy, którzy nastawiają się na produkcję, co chwilę kupują nowy sprzęt, ciągniki. Mają przecież do dyspozycji środki unijne. Zakup lepszej maszyny oznacza dla nich mniejsze zużycie paliwa, większą wydajność i lepszy komfort pracy.

Rolnicy inwestują, ale równocześnie mówią, że nie będzie kto miał po nich objąć gospodarstwa.

- Przedsiębiorczy rolnicy przejmują miejski wzór życia. Nie chcą mieć więcej niż dwójki dzieci, bo uważają, że to maksymalna liczba, której mogą zapewnić dobry start i edukację. Uważają, że na wsi przyszłości nie ma, a dzieci powinny znaleźć pracę w mieście. A żeby utrzymać rodzinę na wsi, trzeba mieć przynajmniej 20 hektarów. Z badań prowadzonych wśród młodzieży wiejskiej wynika, że tylko 11 proc. z nich chciałoby pracować w gospodarstwie rolnym. Jest to jednak liczba wystarczająca, pozwalająca utrzymać produkcję żywności w naszym kraju.

Zmieniło się także podejście rolników do Unii?

- Diametralnie. W latach 1999-2003 w mediach wciąż mówiło się o naszej akcesji. Wieś żyła tym tematem. Panowała fobia przed nieznanym. Rolnicy bali się, że UE, która ma być lepsza i efektywniejsza, w rzeczywistości zrobi im krzywdę.

Nie liczyli na pieniądze z Unii?

- Nie, ponieważ po wsi krążyły mity o złej Unii, która wyniszczy gospodarstwa. Źródłem tych mitów były doświadczenia rolników z początku lat 90., kiedy to do naszego kraju napłynęła tania żywność, głównie z UE, i w efekcie dochód ze sprzedaży żywności nie pokrywał kosztów jej produkcji.

Poziom wiedzy na temat Wspólnoty był bardzo niski. W tamtych czasach dobrze poinformowanych było raptem około 10 proc. mieszkańców wsi.

Ale zaraz po wejściu Polski do UE sytuacja się zmieniła.

- Nie tak szybko. Jeszcze w 2006 roku większość rolników na nasze pytania o różne programy unijne czy uzupełnianie wniosków o dopłaty odpowiadała, że się na tym nie zna.

Potem nastąpił przełom. Rolników przekonały dopłaty bezpośrednie. Okazało się, że od Unii można dostać pieniądze, jak ktoś chce się poważnie zaangażować w produkcję żywności, może sięgnąć po specjalistyczne programy. Rolnicy się przekonali, że pieniądze z dopłat na ich konto nie wpadły jednorazowo, więc już mogą planować swoje wydatki. Wtedy zaczęli sami wypełniać wnioski o dopłaty. W 2007 roku co najmniej połowa rolników to robiła. To bardzo dużo jak na polskie warunki. Rolnicy są bowiem najsłabiej wykształconą grupą społeczno-zawodową.

W gminach, które badaliśmy, bardzo ważną rolę odegrały samorządy. Organizowały szkolenia i spotkania mające pomóc wypełniać wnioski. Rolnicy przychodzili do gminy i przekonywali się, że diabeł wcale nie jest taki straszny.

A rolnicy chcą się uczyć?

- Tak, ale na swoich zasadach. Nie chcą jechać do powiatu, iść do Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa i wysłuchiwać, jak jakiś młody urzędnik przemawia do nich niezrozumiałym językiem. Chcą szkoleń, które rzeczywiście im się przydadzą.

Kiedyś zorganizowałem spotkanie z rolnikami. Opowiadałem im o Wspólnej Polityce Rolnej, rozwoju obszarów wiejskich, sektorowym programie operacyjnym itd. W przerwie podszedł do mnie starszy rolnik i powiedział: "Panie, ja nie za bardzo rozumiem, co pan do mnie mówi, ale niech mi pan powie, co ja na tym kawałku pod lasem mam zasiać - pszenicę czy żyto?". Właśnie takiej wiedzy oczekują rolnicy.

Sami jej nie szukają?

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów