Biznes Ludzie Pieniądze

Świat wpadł w kryzys fiskalny

Janusz Jankowiak*
2010-03-16, ostatnia aktualizacja 2010-03-16 20:42

Europa na wirażu, Stany na rozdrożu. Po wielkim kryzysie finansowym świat wpadł w kryzys fiskalny

Janusz Jankowiak
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Janusz Jankowiak
Wystarczy rzucić okiem na dane o bilansie płatniczym w strefie euro, by pojąć, jak trudnym problemem jest rozdźwięk między koniecznością uzdrawiania finansów publicznych a potrzebą podtrzymania wzrostu gospodarczego za pomocą wydatków publicznych. Mamy tu do czynienia z "paragrafem 22" w najczystszej postaci.

W minionym roku deficyt na rachunku bieżącym Grecji, Włoch, Hiszpanii i Portugalii wyniósł łącznie 102 mld euro. Z tego połowa to efekt intensywnego importu wewnątrz strefy euro - kraje ClubMedu intensywnie importowały m.in. towary i usługi z Niemiec. Stąd właśnie wzięła się ponad połowa nadwyżki w bilansie obrotów bieżących naszych zachodnich sąsiadów sięgająca łącznie 80 mld euro. I tak to sobie funkcjonuje już dobrą dekadę.

Wspólny pieniądz całkiem zrelatywizował wagę deficytu na rachunku bieżącym. Ekonomiści od dawna zwracali na to uwagę, ale częściej w tonie pochwalnym, niż ostrzegawczym: "Patrzcie, na jak wiele można sobie pozwolić, kiedy już jest się członkiem ekskluzywnego klubu euro".

A w praktyce wyglądało to tak, że kraje południa Europy żyły zdecydowanie ponad stan i pozwalały największej gospodarce strefy euro "upychać" nadwyżki towarów przekraczające popyt krajowy, a tym samym zapobiegły jeszcze głębszemu tąpnięciu gospodarki niemieckiej. Ten układ wzajemnie podtrzymujących się interesów bynajmniej nie zawalił się pod ciężarem groźby niewypłacalności niektórych krajów Eurolandu. Został, co najwyżej, obnażony. Część komentatorów ze zdumieniem i zgrozą odkryła, że taka na przykład Grecja potrafi wydawać na emerytury 12 proc. PKB, czego nigdy nie sfinansowałaby, znajdując się poza strefą euro.

Zawsze łatwiej postawić diagnozę, niż leczyć. Wiemy już, skąd się wziął kryzys wiarygodności polityki fiskalnej w strefie euro, ale co z tym fantem zrobić? Jakie konsekwencje miałoby spełnienie powszechnie, choć nieraz bezrefleksyjnie, powtarzanych postulatów o sprowadzeniu deficytów w krajach ClubMedu z dzisiejszych niebotycznych poziomów do traktatowych 3 proc. PKB?

To akurat da się dość łatwo oszacować. Wydatki publiczne w krajach strefy euro o rozdętych deficytach trzeba by raptownie przyciąć o co najmniej 120 mld euro. To jednak istotnie ograniczyłoby zdolności importowe krajów zadłużonych i zepchnęłoby natychmiast gospodarkę niemiecką w recesję, głębszą od tej z 2009 r. Możemy być pewni, że żadnemu z europejskich polityków nie zależy na takim rozwoju wypadków.

W tej sytuacji wydaje się zupełnie racjonalne, że nie tylko skala dostosowań fiskalnych w krajach ClubMedu musi być w rzeczywistości znacznie skromniejsza, ale i wysoce prawdopodobne jest, że deficyt sektora publicznego w Niemczech będzie musiał być większy, a nie mniejszy niż w roku 2009, kiedy przekroczył 4 proc. PKB.

W ten sposób zdają się potwierdzać formułowane już od jakiegoś czasu hipotezy, że kryzys finansowy z lat 2008-09 wyraźnie przechodzi w ostry kryzys fiskalny. Ten kryzys ma również wymiar globalny. A kiedy się skończy, tego naprawdę dziś nie wie jeszcze nikt.

Moim zdaniem tak głęboki i powszechny kryzys fiskalny w pełni uzasadnia konserwatywne prognozy lekkiego spadku, a nie wzrostu dynamiki PKB na głównych rynkach między rokiem 2010 a 2011.

Ta ostrożność przy prognozach powinna też wpłynąć na przewidywania tempa wzrostu na wszystkich "rynkach wschodzących", w tym także na prognozę dynamiki naszego PKB. Średnio w najbliższych dwóch latach tempo wzrostu gospodarczego w Polsce nie powinno przekraczać 2,4 proc., co moim zdaniem w zupełnie innym świetle stawia kwestię ostrości dostosowania fiskalnego i w naszym kraju.

Czy światową gospodarkę wzmocni w końcu gospodarka USA? Amerykańskie dane są mieszane, choć pewnie wszyscy chcielibyśmy, by było inaczej. Szczególnie niepokojąca jest nadal sytuacja na rynku nieruchomości. Ceny w niektórych regionach przestały już co prawda spadać, nadal jednak spada sama sprzedaż nowych domów. Indeksy zaufania konsumentów tkwią na rekordowo niskich poziomach. Sytuacja na rynku pracy przestała się pogarszać, ale też wcale się nie poprawia. Tempo wzrostu gospodarczego w IV kwartale okazało się co prawda nieco wyższe od oczekiwań, ale struktura tego wzrostu wskazuje, że decydujący wpływ na dynamikę PKB mają stale wydatki ponoszone przez rząd w ramach pakietu stymulacyjnego. Sektor prywatny wciąż nie przejął od sektora rządowego funkcji motoru wzrostu gospodarczego. A drugiego pakietu już nie będzie, bo nie pozwala na to stan finansów publicznych.

Niepewność co do kierunku zmian huśta też kursami walut. Publikacje miesięcznych danych gospodarczych wywołują zmienne fale rosnącej i malejącej awersji do ryzyka, które raz windują, a innym razem dołują ceny aktywów dolarowych. Im większa ufność w odbicie gospodarki globalnej, tym niższa staje się awersja do ryzyka i aktywa dolarowe tanieją. Złe dane z kolei natychmiast powodują powrót inwestorów do bezpiecznego portu, jakim pozostaje wciąż dolar.

Nie sądzę, by Rezerwa Federalna w ogóle podniosła podstawową stopę procentową w tym roku. Może się do tego przymierzyć dopiero w I kw. 2011 r. Podobnie opóźniony wobec dzisiejszych oczekiwań będzie zresztą i wzrost restrykcyjności polityki pieniężnej w strefie euro.

Na marginesie dodajmy, że zmiany w bilansie ryzyk dla przyszłej inflacji i wzrostu w Polsce też w żadnym wypadku nie uzasadniają (co wciąż jeszcze wycenia rynek) 2,25-proc. podwyżki podstawowej stopy procentowej w tym roku.



*autor jest głównym ekonomistą Polskiej Rady Biznesu





Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4

41 głosów