Jej zdaniem taka możliwość byłaby stosowana "w ostateczności". Nie odniosła się przy tym do żadnego konkretnego państwa, ale nikt nie ma wątpliwości, że chodzi o kraje takie jak
Grecja, która od lat boryka się z ogromnym zadłużeniem oraz wysokim deficytem sektora finansów publicznych.
Zgodnie z zapisami paktu stabilizacji i rozwoju kraje członkowskie
strefy euro muszą utrzymywać poziom długu publicznego poniżej granicy 60 proc.
PKB, a deficytu sektora finansów publicznych poniżej 3 proc. PKB. Tymczasem Grecja w 2009 r. miała deficyt na poziomie 12,7 proc. PKB, a jej dług przekroczył 113 proc. PKB i sięgnął 300 mld euro.
Grecja jest tu przykładem ekstremalnym, ale tak naprawdę mało któremu krajowi w całej Unii Europejskiej udało się utrzymać w ryzach finanse publiczne w czasie kryzysu. Wyjątki są, ale nieliczne, jak
Estonia, która jednak jeszcze nie jest członkiem strefy euro.
Według Angeli Merkel, która w środę wystąpiła w niemieckim parlamencie, obecny kryzys jest dla strefy euro "największym wyzwaniem w historii". Obawy inwestorów o kondycję greckiej gospodarki sprawiły, że ekonomiści na dobre zaczęli dyskutować o ewentualnej niewypłacalności kraju i jej skutkach dla całej strefy euro. Kraje mające wspólną walutę okazały Grecji wsparcie, ale na razie głównie polityczne. Nie wykluczyły dwustronnych pożyczek, "jeśli zajdzie taka potrzeba".
Angela Merkel na pomoc finansową patrzy jednak dość ostrożnie.
- Nie powinniśmy oferować przedwczesnej pomocy, ale sprawić, by wszystko znowu było poukładane - powiedziała Merkel. Wezwała, by Grecja rozwiązała swoje problemy "u źródeł".
Tymczasem w Grecji nie milkną echa zapowiedzi drastycznych, sięgających 4,8 mld euro oszczędności budżetowych, które kilka tygodni temu ogłosił rząd w Atenach. Polegają one m.in. na podwyżce niektórych podatków i likwidowaniu przywilejów oraz obniżaniu pensji pracowników sektora publicznego. Wszystko po to, by w tym roku obniżyć deficyt do 8,7 proc. PKB.
We wtorek po raz kolejny
policja starła się z demonstrantami, którzy sprzeciwiają się cięciom. Na dwudniowy strajk zdecydowali się pracownicy państwowego koncernu energetycznego, co spowodowało chwilowe braki w dostawach prądu w niektórych częściach kraju. Strajkowały też pielęgniarki. W czwartek po raz kolejny protestować mają taksówkarze (rząd chce, by montowali kasy fiskalne) oraz właściciele stacji benzynowych.
Kontrowersje wzbudza obłożenie 20-proc. podatkiem dochodów Kościoła. - To stanowisko przeciwko Kościołowi, które może być postrzegane jako wrogie - powiedział biskup Salonik.
