Biznes Ludzie Pieniądze

Prezes NBP Sławomir Skrzypek: Zbliża się czas podwyżek stóp

Rozmawiał Witold Gadomski
17.03.2010 , aktualizacja: 17.03.2010 21:01
A A A Drukuj
Czy jestem gołębiem? Ornitologiczne porównania są atrakcyjne dla mediów, ale mało przydatne do prowadzenia właściwej polityki pieniężnej
Prezes NBP Sławomir Skrzypek
Prezes NBP Sławomir Skrzypek
POLSKA PO KRYZYSIE

Wywiad z prezesem Narodowego Banku Polskiego Sławomirem Skrzypkiem



Witold Gadomski: Był pan przez wiele lat związany z Lechem Kaczyńskim - w NIK, we władzach Warszawy. Czy ma pan dziś z prezydentem specjalne relacje? Czy politycy starają się wpływać na pana decyzje?

Sławomir Skrzypek: Mam jak każdy swój życiorys, który posłużył do etykietowania mnie. Nie chcę dzisiaj już do tego wracać, to jest poza mną. Moja kariera życiowa w żadnej mierze nie rzutowała na postępowanie jako prezesa NBP. Pana prezydenta poznałem w roku 1988, kiedy byłem w prezydium nielegalnego NZS, razem z dwoma późniejszymi wicepremierami. Od tego czasu mam do Lecha Kaczyńskiego ogromny szacunek, co w demokratycznym państwie nie powinno być traktowane jako naganne. Poszanowanie instytucji państwa przez pana prezydenta sprawia, że nie ma mowy o niewłaściwych relacjach między nim a prezesem NBP. Mam stały kontakt z panem prezydentem, staram się go również mieć z panem premierem, tak aby sygnalizować i prezentować najważniejsze zjawiska makroekonomiczne, które są obserwowane z poziomu Narodowego Banku Polskiego.

Zdarzały się próby wywierania na mnie nacisków - nie pochodziły ani z Kancelarii Prezydenta, ani od polityków PiS. Moja stanowcza postawa zniechęciła do dalszych prób. Staram się utrzymać NBP z dala od debat, a tym bardziej sporów politycznych.

Kiedy zorientował się pan, że światowy kryzys finansowy może zagrozić także polskim bankom?

- Już od moich pierwszych dni w NBP byłem przekonany, że kryzys jest u bram. Zresztą wśród finansistów był to wówczas dość powszechny pogląd. Pytanie, na które wtedy nie znano odpowiedzi, brzmiało, czy to nastąpi za rok, dwa lata, czy też za pięć lat. Bardzo groźnym sygnałem zbliżania się kryzysu do Europy były poważne problemy brytyjskiego banku Northern Rock jesienią 2007 roku. Muszę powiedzieć, że byłem wówczas pesymistą rozważającym najgorsze scenariusze - spodziewałem się, że nastąpi szybki odpływ kapitału z Europy Środkowo-Wschodniej, ograniczenie popytu i aktywności gospodarczej. Dlatego też jako jedyny członek NBP przeciwstawiłem się podniesieniu stóp procentowych przez RPP. Był to z mojej strony rodzaj demonstracji, wiedziałem, że zostanę przegłosowany, ale uważałem, że wobec groźby kryzysu tak trzeba postąpić. Okazało się, że kryzys do Polski przyszedł, ale rok później. Ale po upadku banku Lehman Brothers stało się jasne, że żaden kraj i żadna instytucja finansowa na świecie nie są wolne od ryzyka związanego z zakłóceniami na rynkach finansowych. Podjęliśmy wówczas działania stabilizujące system bankowy i patrząc wstecz, mogę powiedzieć, że NBP nieźle się spisał.

A kiedy w NBP uznaliście, że opcje walutowe mogą być dla naszych banków bombą zegarową?

- Likwidacja GINB odebrała Narodowemu Bankowi Polskiemu instrumenty nadzorcze, więc informacje o problemie opcji walutowych docierały do nas z pewnym opóźnieniem. Na tyle, na ile udało nam się wychwycić istnienie tego problemu z dostępnych danych statystycznych, reagowaliśmy natychmiast, oczekując szczegółowych informacji i podejmując to zagadnienie na posiedzeniach Komitetu Stabilności Finansowej. Wniosek na przyszłość jest taki, że monitoring różnego typu zagrożeń musi być bardziej skuteczny.

Jak wyglądała praca NBP w najbardziej gorących miesiącach kryzysu - jesienią 2008 roku?

- Monitoring sytuacji w bankach trwa przez 24 godziny na dobę, a zatem szczególne wytyczne odnośnie do sposobu postępowania w sytuacji podwyższonego ryzyka dla systemu finansowego nie były potrzebne. Telefonicznie skontaktowałem się z niektórymi prezesami banków komercyjnych, szczególnie tych najważniejszych dla systemu. Dochodziły bowiem niepokojące informacje, że na rynku międzybankowym zamierają operacje.

Mówimy o jesieni 2008?

- Przełomie września i października. W rozmowach z prezesami dawałem wyraźny sygnał - bank centralny podejmie aktywne działania dla zapewniania płynności. Ustawowe rozwiązania wyznaczające bankowi centralnemu rolę pożyczkodawcy ostatniej szansy były niewystarczające. Dlatego kilkakrotnie odbyłem z dyrektorami departamentów i z ekspertami NBP swoistą burzę mózgów. W pierwszej fazie pytałem: jakie mogą być konsekwencje tego, co się dzieje, i jakie działania ratunkowe należy podjąć. Prosiłem, byśmy na razie abstrahowali, na ile takie działania byłyby zgodne z obowiązującym porządkiem prawnym. Gdy któryś z dyrektorów wyrażał opinię, że takie czy inne działania byłyby pożądane, ale jednocześnie są niezgodne z przepisami, przerywałem. Z takiej burzy mózgów zrodził się całkiem niezły arsenał propozycji. Potem wszyscy dostali zadanie, jak można wdrożyć zaproponowane rozwiązania, nawet łapiąc się prawą ręką za lewe ucho. Gdy wyzwoliliśmy się od myślenia, czego nam nie wolno, a skupiliśmy się na tym, co jest nam potrzebne, okazało się, że wcale nie trzeba naginać prawa, by skutecznie walczyć z kryzysem. Nie wszystkie pomysły zostały wprowadzone w życie, ale część z nich złożyła się na tzw. pakiet zaufania. Najważniejsze, że żaden bank nie upadł, a jesienią 2008 roku taka perspektywa wcale nie była oczywista.

W kulminacyjnym momencie kryzysu NBP jednoznacznie odmówił interweniowania na rynku walutowym w obronie kursu złotego, który od sierpnia 2008 roku się osłabiał. Czy taka jednoznaczna postawa nie była błędem?

- Moja wypowiedź w kwestii obrony złotego nie była jednoznaczna. Dawałem sygnały, które miały uspokajać rynek. Obserwowaliśmy sytuację rosyjskiego rubla, na którego obronę Bank Centralny Rosji wydał ponad 200 mld dol. Bezskutecznie. My tak wielkich rezerw nie mieliśmy, choć ich poziom był i jest bezpieczny. Fundusze inwestycyjne szukały możliwości zrekompensowania strat, jakie poniosły na instrumentach związanych z kredytami subprime, i ryzyko ataku spekulacyjnego było naprawdę poważne. Gdyby NBP przystąpił do tej gry, poniósłby ogromne koszty, a złotego zapewne by nie obronił.

Jakie doświadczenia z kryzysu płyną dla polskich banków i NBP?

- Nasze doświadczenia w zakresie nadzoru bankowego budowanego przez ostatnie 20 lat są wzorcowe dla innych gospodarek. Okazało się, że nasz sektor bankowy w momencie kryzysu był bezpieczny i stabilny. Nawet kiedy właściciele naszych banków - prawie 70 proc. aktywów sektora bankowego należy do banków zagranicznych - przeżywali ogromne kłopoty, nie wpływało to na stan ich polskich spółek-córek. Inny wniosek z kryzysu jest taki - trzeba wykorzystywać wszystkie instrumenty, które są dostępne, aby przeciwdziałać niewłaściwym zjawiskom. NBP apelował o szybkie podjęcie kontroli międzybankowych operacji transgranicznych. Komisja Nadzoru Finansowego wprowadziła taki monitoring i w konsekwencji nie tylko nie było odpływu kapitału, ale banki zostały zasilone w płynność przez zagraniczne centrale.

W środę po raz pierwszy zebrała się nowa Rada Polityki Pieniężnej. Jest pan trzecim prezesem, który współpracuje z tym organem. Czego się pan spodziewa po nowej Radzie? Współpraca będzie lepsza czy gorsza?

- Moim zadaniem jako szefa NBP i przewodniczącego RPP jest dostarczanie Radzie jak najpełniejszych informacji koniecznych do podejmowania decyzji. Jestem otwarty na dyskusje wewnątrz Rady i mam nadzieję, że uda nam się zachować wysokie standardy we wzajemnych relacjach.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów