Istotnie
strefa euro mogłaby upaść, ale pod warunkiem, że problemy na miarę greckich pojawią się jeszcze w innych krajach. Po pierwsze, za kilka lat musiałoby się okazać, że
Grecja jest niewypłacalna. Po drugie, problemy z regulacją swoich zobowiązań musiałaby ogłosić też
Hiszpania, która jest znacznie większą gospodarką niż Grecja i przez to jej wpływ na destabilizację
strefy euro mógłby być znacznie większy. A do tego podobne rzeczy musiałyby się wydarzyć np. we Włoszech czy w Irlandii. Mogłoby się wtedy okazać, że strefa euro nie jest w stanie pomagać kilku państwom naraz. Byłoby to poważną przesłanką świadczącą o jej upadku. Tymczasem już teraz niepokoi mnie opieszałość europejskich decydentów. Oczekiwałbym szybszych, zdecydowanych ruchów, które potwierdziłyby, że Unia Europejska radzi sobie z aktualną sytuacją w Grecji. Póki takiej decyzji nie będzie, inwestorzy o spekulacyjnym nastawieniu będą grać na dalsze osłabienie euro. W takiej sytuacji najpóźniej za kilka miesięcy przekroczymy próg 1,30 na euro/dol.
Sądzę, że w słowach Jima Rogersa jest spora chęć przyciągnięcia uwagi mediów. Zastanawiające jest też to, że jego poglądy zgadzają się z tym, co mówił niedawno George Soros. (Czytaj:
Strefa euro może upaść z powodu Grecji . A trzeba wiedzieć, że obaj wspólnie założyli jeden z największych funduszy hedge na świecie. Może w takim razie to celowe działanie na osłabienie euro? Zgadzam się jednak z Rogersem, że rośnie siła juana. Nie stanie się on jednak międzynarodową walutą, deklasując dolara, dopóki Pekin nie uwolni jego kursu. Ale jeśli się tak stanie, to całkiem prawdopodobne jest, że w ciągu najbliższych 20 lat światowe centra finansowe przeniosą się do Azji. Już teraz
Chiny znajdują się w czołówce krajów mających znaczący wpływ na światową gospodarkę.