Biznes Ludzie Pieniądze

Polska wygrała z KE w sprawie emisji CO2. Tylko po co

Konrad Niklewicz, Rafał Zasuń
18.03.2010 , aktualizacja: 18.03.2010 20:31
A A A Drukuj
Po długich przepychankach z Komisją Europejską i procesie w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości Polska ma dokładnie tyle samo uprawnień do emisji CO2 ile wcześniej


Zakończył się jeden z najdłuższych sporów Polski z Komisją Europejską. Sprawa podziału limitów emisji dwutlenku węgla trafiła do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, gdzie Polska wygrała. Właściwie nie wiadomo tylko po co.

Komisja co cztery lata przydziela wszystkim państwom limit uprawnień do emisji CO2. Państwo rozdziela je między przedsiębiorstwa, a brakujące uprawnienia firmy muszą dokupić na giełdzie. Ma to zachęcać do zmniejszania emisji CO2.

W 2007 r. Polska domagała się uprawnień do emisji 285 mln ton CO2 rocznie, a dostała od Komisji 208 mln ton. Zaskarżyliśmy decyzję do ETS, który uznał, że Komisja nie ma prawa narzucać nam swojej metodologii liczenia dwutlenku węgla.

Po wyroku resort środowiska wysłał więc Brukseli nową propozycję. I we wtorek ją przedstawił - chcemy uprawnień do emisji... 208 mln ton, czyli tyle, ile dała nam Komisja. Nowością jest jedynie to, że rząd miałby dodatkową "rezerwę" uprawnień - 13 mln ton. Mogłyby z niej korzystać te firmy, które np. budują nową instalację produkcyjną.

Skoro ostateczny wynik jest taki sam, to czy warto było w ogóle walczyć przed sądem?

Minister środowiska Andrzej Kraszewski przekonuje, że tak. - Te dodatkowe 13 mln ton CO2 to nie jest jedyne osiągnięcie rozmów z Komisją. Korzystne jest także to, że porozumieliśmy się i będziemy mogli je szybko rozdzielić - podkreśla.

Nie było praktycznie żadnych szans, żeby teraz wynegocjować więcej niż 208,5 mln ton CO2 średniorocznie, na lata 2008-12. Bo życie zweryfikowało polskie ambicje. Gdy w 2007 r. domagaliśmy się uprawnień na 285 mln ton CO2 rocznie, nikt nie przewidywał ciężkiego kryzysu. W 2008 r. okazało się, że polskie przedsiębiorstwa faktycznie wyemitowały 204 mln ton CO2. A w 2009 r. mogło to być jeszcze mniej. I realne było ryzyko, że na tej podstawie - mimo wygranej przed ETS - Polska dostałaby mniej uprawnień niż w 2007 r.

- Już po wyroku Komisja zaczęła rozmowy z nami z dużo niższego poziomu - mówi Kraszewski. Przyznaje, że resortowi wcale nie zależało na wywalczeniu dla polskich przedsiębiorstw jakichś olbrzymich nadwyżek uprawnień. - W interesie ministra środowiska nie jest to, żeby elektrownie prócz produkcji energii zajmowały się także handlem "gorącym powietrzem", jak się czasami uprawnienia do emisji CO2 nazywa - mówi.

Zresztą zdaniem ministra procesować się z Komisją warto było także... dla samych zasad. - W Komisji jest dużo buty i próby arbitralnego decydowania - komentuje Kraszewski.

Ostatnie pocieszenie jest takie, że wielomiesięczny spór prawny z Komisją nie odbije się na budżecie państwa. Wszystkie rachunki za adwokatów, analizy i reprezentację prawną itp. będzie musiała pokryć Bruksela.

Ale według nieoficjalnych informacji Polska liczyła, że w zamian za nasze ustępstwo ustąpi i Komisja - w innej ważnej sprawie. Chodzi o to, że w 2013 r. darmowe uprawnienia znikną, trzeba będzie wszystkie kupować na aukcjach. Rząd Tuska wynegocjował dla Polski okres przejściowy - do 2020 r. nasze elektrownie będą dostawać część uprawnień bezpłatnie. Dotyczy to także zakładów nowych, ale tylko tych, których budowa "została zapoczątkowana" do grudnia 2008 r.

Tymczasem w czerwcu 2009 r. ówczesny komisarz ds. środowiska Stavros Dimas napisał, że żadna polska nowa elektrownia, która przed 2011 r. nie dostanie pozwolenia na emisję, nie skorzysta z tych darmowych uprawnień wynegocjowanych przez rząd Tuska. A firmy energetyczne dopiero przygotowują się do budowy nowych elektrowni, które pozwolą zastąpić stare, dożywające swoich dni bloki postawione w PRL. Na oddanie nowych bloków przed 2011 r. nie ma szans. W nieoficjalnych rozmowach Polacy pytali, jakie są szanse, że interpretacja Brukseli się zmieni, ale nikt nam niczego nie obiecał.

Oficjalnie sprawa w ogóle nie była poruszana. - To są kompletnie dwie różne sprawy - mówi "Gazecie" Tomasz Chruszczow, dyrektor departamentu zmian klimatu i ochrony atmosfery. - Nie wykluczam jednak, że jeśli dogadamy w sprawie uprawnień, to powstanie pozytywny precedens dla tej drugiej sprawy - dodaje.





Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów