"Przez lata pracownicy Viacomu potajemnie wrzucali swoje materiały na YouTube, jednocześnie publicznie narzekając na ich obecność w serwisie - pisze na
blogu Zahavah Levine, główny radca prawny YouTube. Według niego, koncern zatrudniał przynajmniej 18 agencji marketingowych, by wrzucały treści produkowane przez Viacom i spółki zależne na YouTube. - Celowo obniżano ich jakość, by wyglądały jakby zostały skądś skopiowane czy ukradzione, albo, że to przeciek - dopowiada Levine. Ba, właściciel MTV miał ponoć nawet wysyłać pracowników, by pliki wrzucali z sieci sklepów Kinko's, należącej do FedEx, by nie można ich było powiązać z komputerami w spółkach Viacomu.
A to wszystko w tym samym czasie, gdy Viacom walczył o odszkodowanie od YouTube'a za masowe i celowe łamanie praw autorskich. W 2007 r. koncern pozwał spółkę o miliard dolarów, wyliczając, że znalazł w serwisie aż 150 tys. przypadków naruszeń - chodzi głównie o odcinki serialu "South Park", koncerty MTV Unplugged czy "odcinki kreskówki "Sponge Bob Kanciastoporty".
Viacom uważa, że YouTube nie może chronić się za tarczą ustawy DMCA (Digital Millennium Copyright Act), która zwalnia właścicieli serwisów z odpowiedzialności za materiały zamieszczane przez użytkowników. Bo zarabia na reklamach, a na nielegalnej dystrybucji filmów i programów telewizyjnych zbudował ogromną bazę użytkowników.
Wczoraj ujawniono dokumenty, jakie dotąd do sądu dostarczyły obie spółki. Wniosek Viacomu liczy 108 stron, prawnicy cytują w nich maile założycieli YouTube'a, które mają świadczyć o tym, że od początku celowo łamali prawo, by jak najszybciej przyciągnąć internautów i sprzedać serwis.
To ostatnie im się udało. W październiku 2006 r. YouTube'a połknął
Google, płacąc głównie akcjami 1,65 mld dol. Według dokumentów sądowych, trójka założycieli YouTube'a - Steve Chen, Chad Hurley i Jawed Karim - na transakcji zarobili odpowiednio 334, 301 i 66 mln dol.
"Musimy skupić się wyłącznie na jak najlepszych statystykach, działając tak agresywnie, jak to tylko możliwe, z użyciem choćby i najgorszych taktyk" - pisał w 2005 r. Chen do załogi YouTube'a. W innym napomina Karima, by przestał wrzucać kradzione pliki na serwer, bo trudno im się będzie bronić przed odpowiedzialnością.
Prawnicy Google odpierają, że Viacom pokazuje zdania wyrwane z kontekstu. Ich wniosek jest równie opasły - liczy sto stron. Google twierdzi m.in., że Viacom wykazywał się hipokryzją, bo gdy oskarżał YouTube o piractwo, to jedne materiały chciał usuwać, a inne zostawiał w serwisie, licząc na to, że podbiją oglądalność programów telewizyjnych. Dokumenty złożone przez Google pokazują też, że Viacom rozważał w 2005 r. przejęcie YouTube'a. W opinii menedżerów koncernu, przejęcie serwisu byłoby dla właściciela MTV prawdziwą "transformacją". Potem proponował, by YouTube został przejęty wspólnie przez Google i Viacom. Gdy to nie wypaliło, zdecydował się na pozew.
- To przypomina niemal reality show - komentuje sprawę Peter Kafka, redaktor branżowego
bloga AllThingsD.com, cytowany przez BBC. - Sprawa ma już jednak trzy lata i dziś widać, że pliki na YouTube czy
wideo w internecie to coś, na czym trudno zarobić.
Na razie nie wiadomo, czy dojdzie do procesu. Sędzia federalny dał obu stronom czas do 30 kwietnia na ewentualne uzupełnienia dokumentów. Decyzję prawdopodobnie podejmie w połowie roku.
