Biznes Ludzie Pieniądze

Wielki Szu i zakrwawiony fartuch na "Achille Lauro"

Vadim Makarenko
19.03.2010 , aktualizacja: 19.03.2010 16:54
A A A Drukuj
Mówia na mój teatr "komercyjny kotlet"? Pieprzę to, mam pełną salę. Prowadzę jedyny teatr prywatny, który nie dostał żadnej dotacji. Kobieta, która wie, czego chce, może w tym kraju dojść do wszystkiego. Musi jednak przedłożyć karierę nad rodzinę i żadna ustawa tego nie zmieni
Małgorzata Potocka
Małgorzata Potocka
Rozmowa z Małgorzatą Potocką, właścicielką teatru rewiowego Sabat w Warszawie

Vadim Makarenko: Ciasno tu.

Małgorzata Potocka: To moja garderoba, "gabinet prezesa". Lubię spotykać się z ludźmi w małych przestrzeniach. Ale jeśli pan chce, możemy iść na balkon albo do sali baletowej - tam jest więcej miejsca.

O, przepraszam, usiadłem chyba na bolerku... W sali, z tego, co słyszę, trwa próba, więc może zostańmy w garderobie. Nad jakim przedstawieniem pani teraz pracuje?

- Nad musicalem "Powrót Wielkiego Szu". Gra w nim mój mąż Jan Nowicki. To szaleństwo, bo Jan nie lubi Warszawy, a musical to dla niego obcy świat. Zawsze grał wielką literaturę.

A tu czysta rozrywka...

- Tak. To, co robimy w moim teatrze, jest czystą rozrywką w najtrudniejszym wydaniu.

Dlaczego najtrudniejszym?

- Rewia łączy wszystkie gatunki. Jej podstawą jest balet. Wszystkie moje tancerki mają dyplom artystki baletu, kurs tańca nie wystarczy. Bo taniec to coś więcej niż ruch. To harmonia, którą widać w tym, jak kobieta nosi swoje ciało i kostiumy, jak się uśmiecha. Na tancerkę rewiową patrzy się z przyjemnością, nawet tę mniej urodziwą. Równie ważny jest śpiew -teatralne mruczenie nie wchodzi w grę, moi wokaliści muszą śpiewać na poziomie Whitney Houston czy Donny Summer. Do tego dochodzi oprawa, to ona wnosi kolory, emocje... (Małgorzata Potocka, nie wstając, wyciąga rękę i otwiera szafę. Wysypują się pióropusze i szale. Na ścianach wiszą zdjęcia długonogich tancerek we frakach i cylindrach).

Tego właśnie szukają widzowie w Sabacie?

- Szukają napięcia i urody. I w moim teatrze je dostają.

Wie pani, że szefowie warszawskich teatrów i krytycy nie uważają Teatru Sabat za teatr?

- A za co?

Za "komercyjny kotlet".

- Pieprzę to. Mam pełną salę i dowody uznania od publiczności, także międzynarodowej.

Gdy zakładałam teatr, wielu patrzyło na mnie jak na idiotkę. Teatr rewiowy? Po co to komu? Mój tata natomiast, który bywał w rewiach przed wojną, powtarzał mi: "Takie teatry też są potrzebne".

A nie zdarzyło się pani tak po ludzku zazdrościć Krystynie Jandzie, która prowadzi w Warszawie teatr, co do którego nikt nie ma wątpliwości?

- Nie, bo Krystyna Janda była u mnie i pytała, jak się robi prywatny teatr. Szukała porad biznesowych - jak inwestować, jak brać kredyt, co się robi, gdy nie ma widzów, itp. Wiedziałam, że jej będzie łatwiej, bo uprawia kulturę przez duże "K", a ja - zdaniem ignorantów - przez małe.

I co jej pani powiedziała?

- Powiedziałam, że jeśli chce mieć swój teatr - musi zaryzykować.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    60 głosów