Pieniądze - 425 zł - mogą odzyskać kierowcy, którzy zapłacili 500 zł za kartę pojazdu między 21 sierpnia 2003 a 14 kwietnia 2006 r. Trybunał Konstytucyjny uznał, że rozporządzenie ministra infrastruktury o wysokości opłat za jej wydanie jest niezgodne z prawem. Po tej decyzji opłata została obniżona do 75 zł.
Wczoraj na temat zwrotu za karty pojazdu dyskutowali naczelnicy wszystkich powiatów województwa kieleckiego. Pieniędzy kierowcom nie oddają, gdyż czekają na wyroki sądów w każdej sprawie. Dlaczego? Bo ich nie mają.
Jak wyliczyło starostwo kieleckie, gdyby po pieniądze zgłosili się wszyscy, w sumie może to kosztować urząd 9 mln zł. To więcej niż w
Lublinie (7 mln zł) czy
Katowicach (4,3 mln zł). I niedużo mniej niż w
Poznaniu - 13 mln zł - czy Krakowie - 12 mln zł.
Podobnie robią inne starostwa. - Gdyby wszyscy, którzy w tamtym czasie rejestrowali pojazdy, wezwali nas do zapłaty za wydanie karty pojazdu, to musielibyśmy przeznaczyć na ten cel ponad 2 mln zł. Z własnej woli pieniędzy zwracać nie będziemy, choć wiemy, że odsyłanie do sądu to jedynie odwlekanie tego, co nie uniknione - przyznaje Jerzy Filip, dyrektor wydziału komunikacji starostwa powiatowego w Legnicy.
- Nie odczuwamy jakiegoś wielkiego zainteresowania kierowaniem wniosków w tych sprawach. Dotychczas wypłynęły do nas chyba tylko trzy. My jednak odsyłamy kierowców do sądu - nie ukrywa Agnieszka Jankowska, dyrektor wydziału komunikacji starostwa powiatowego w Stargardzie Szczecińskim.
A starostwo kieleckie wymyśliło kolejny sposób, jak legalnie utrudnić kierowcom odzyskanie pieniędzy. Zaczęło niszczyć akta spraw sprzed pięciu lat! Dotknęło to mieszkańca podkieleckiej miejscowości pana Krzysztofa. Ponad pięć lat temu zarejestrował w kieleckim starostwie w sumie pięć pojazdów. - Nie handlowałem
autami zawodowo, ale jak była okazja, to kupowałem w Niemczech i przywoziłem
samochód do Polski, bo na stałe pracowałem za Odrą. Trochę się zarobiło - opowiada pan Krzysztof.
Teraz chciał odzyskać pieniądze za wszystkie karty pojazdu, za które musiał zapłacić. Ale w kieleckim starostwie czekało go zaskoczenie. - Dostałem pismo, że pieniędzy za volkswagena golfa nie oddadzą, bo nie ma dokumentacji. Sami ją zniszczyli - mówi.
A przepisy dotyczące brakowania akt tylko zezwalają, ale nie nakazują automatycznego ich niszczenia. Starostwo w piśmie poucza pana Krzysztofa, że wciąż może próbować odzyskać pieniądze przez sąd administracyjny. - Ja się nie poddam - zapowiada nasz czytelnik.