Biznes Ludzie Pieniądze

"To Europa, a nie Grecja potrzebuje planu ratunkowego"

Konrad Niklewicz
21.03.2010 , aktualizacja: 21.03.2010 19:57
A A A Drukuj
"Europa po kryzysie musi odpowiedzieć, sama sobie, na kilka istotnych pytań. I wreszcie zacząć działać, bo jeśli znów tego nie zrobi, to jej koniec będzie bliski" - alarmuje w "Le Monde" Marc Laroque.
Demonstracja przed greckim parlamentem
Fot. Petros Giannakouris AP
Demonstracja przed greckim parlamentem
"Dziś problemem nie jest to, w jaki sposób Grecja zostanie uratowana. Grecja tak naprawdę nie musi być ratowana. Ona istnieje od czterech tysięcy lat i będzie żyć długo po tym, gdy kryzys się skończy. Tak naprawdę dzisiaj to Europa, a nie Grecja potrzebuje planu ratunkowego" - uważa Laroque. "Europa, która w obecnej postaci istnieje ledwie od 40 lat, dziś nie potrafi nawet skoordynować swojej polityki finansowej, gospodarczej i budżetowej, nie potrafi uchronić swoich państw członkowskich (a więc i samej siebie) przed atakami spekulantów. Ideał europejski okazuje się niczym w obliczu zysków spekulacyjnych. Nawet traderzy banków europejskich korzystają z tej sytuacji, zarabiając na potencjalnym upadku europejskich państw. A to przecież tylko nowa patologia, która dołącza do długiej listy słabości Starego Kontynentu" - czytamy w "Le Monde". Europa nie potrafi prowadzić skutecznej polityki rolnej, nie umie rywalizować ze Stanami Zjednoczonymi i z Japonią w zakresie badań naukowych, nie jest zdolna stworzyć wspólnej polityki obronnej i zagranicznej. "Obecny kryzys budżetowy w Unii Europejskiej jest prawdopodobnie ostatnią szansą dla Europy, żeby zdobyć dla siebie szacunek" - podkreśla publicysta czołowego francuskiego dziennika opiniotwórczego.

Nie jest w swoich poglądach odosobniony. Wielu polityków francuskich od dawna mówi o tym, że Europa - póki jeszcze może - powinna zacząć narzucać światu swoje reguły gry. W wywiadzie dla sobotnio-niedzielnego wydania dziennika "Le Figaro" swój pomysł przypomniał prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Proponuje, by Europa wprowadziła na swoich granicach "podatek węglowy" nakładany na towary pochodzące z tych państw, które (w odróżnieniu od Europy) nie robią nic, by chronić środowisko naturalne i ograniczać emisję CO2. - Francja da przykład. Nie będziemy na nasz przemysł narzucać ograniczeń, jeśli w tym samym czasie dozwolony będzie import z państw, które nie respektują jakichkolwiek reguł ekologicznych - przekonuje Sarkozy. - Opodatkowanie zanieczyszczeń, zamiast kapitału i pracy, jest dobrym pomysłem - mówi.

Francuski prezydent nie ukrywa też swojej chęci ręcznego sterowania przemysłem, tak by powstrzymać europejskie przedsiębiorstwa przed przenosinami poza Stary Kontynent. - Wierzę w politykę przemysłową. I widzę, że jesteśmy jedynym państwem, które zadaje sobie pytania w sprawie tej polityki. Od 2000 do 2007 r. Francja straciła 500 tys. miejsc pracy w przemyśle. Nie zgadzam się na to, żeby fabryki wyprowadzały się z Francji po to, żeby produkować samochody, które potem we Francji są sprzedawane - podkreśla szef francuskiego państwa.

Zanim jednak Europie uda się narzucić swoje reguły gry (jeśli w ogóle jej się to uda), pocieszenia trzeba szukać w rzeczach drobniejszych. Tak jak robi to dziennik ekonomiczny "Les Echos" informujący o lepszej niż w poprzednich latach sprzedaży francuskich win, "naszego trunku narodowego, który buduje naszą reputację za granicą, razem z bagietką, camembertem i beretem" - jak żartują "Les Echos". Sprzedaż wina w 2009 r. wzrosła o 1,2 proc. W samych tylko super- i hipermarketach udało się sprzedać 9,5 mln hektolitrów "trunku narodowego" za 3,4 mld euro. Najszybciej rosła sprzedaż wina rose - aż o 10 proc.

Najwyraźniej kieliszek rose okazuje się skuteczną metodą leczenia pesymizmu.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy