Jest ich w Polsce około dwóch tysięcy. Trudno nazwać je zwykłymi aptekami, bo kosmetyki stanowią już nawet połowę biznesu. Największe to prawdziwe drogerie. Nie ma lady z panią magister za szybą. Klient przy wejściu dostaje mały koszyczek i krąży między regałami zastawionymi kremami do twarzy, szamponami, a nawet kosmetykami do makijażu.
Jednak w takiej drogerii kosmetyk nie wygląda jak kosmetyk, ale jak lek. Opakowania z dominującym udziałem bieli, oszczędne wzornictwo, żadnych wymyślnych kształtów. Na każdym pudełku wyczerpujący opis działania preparatu. W pobliżu stos ulotek, gdzie można przeczytać jeszcze więcej na temat trapiącego nas problemu i serii dermokosmetycznej, która go rozwiązuje. Przedstawiciele firm często o swoich klientach mówią "pacjenci".
Dermokosmetyki przebojem zdobywają nasze toaletki i łazienkowe półki. Internautki wzajemnie polecają je sobie. "Skład prosty aczkolwiek skuteczny (dobre składniki), jakość apteczna!" - pisze jedna na portalu Wizaz.pl. Hetan na portalu Lula.pl wyznaje: "Nie ma porównania ze zwykłymi kremami".
I choć średnia cena takiego preparatu to ponad 50 zł, sprzedaż już kilka lat rośnie w tempie dwucyfrowym. Szybciej niż cały rynek apteczny i szybciej niż tradycyjny rynek kosmetyczny. W ubiegłym roku na zakupy kosmetyków w aptekach wydaliśmy 903 mln zł - wynika z danych IMS Health. To o 19,8 proc. więcej niż w 2008 r. Jak dobry jest to biznes, niech świadczy to, że przez kryzys finansowy, wyhamowanie wzrostu płac, wzrost bezrobocia zaowocowały jedynie spadkiem dynamiki wzrostu - z 25 proc.
- Wydawałoby się, że w kryzysie na droższych kosmetykach będziemy oszczędzać. Ale w cięższych czasach chcemy dać sobie odrobinę luksusu, np. w postaci kremu na zmarszczki. Zresztą kobiety nie są skłonne oszczędzać na pielęgnacji twarzy, zwłaszcza dziś, gdy wygląd ma dla nas ogromne znaczenie - mówi Agnieszka Stawarska, analityk rynku farmaceutycznego w firmie PMR.
Co stoi za sukcesem dermokosmetyków?
Po pierwsze, cywilizacja: żyjemy szybko, w stresie, w klimatyzowanych biurach i zanieczyszczonych miastach, myjemy twarz chlorowaną wodą. Efekt: coraz więcej problemów dermatologicznych (skóra sucha, nadwrażliwa, naczynkowa). Do tego szerzy się moda na zdrowe życie, ekologiczne jedzenie i kosmetyki. - Z myślą o kupnie kosmetyku do apteki wkracza konsumentka świadoma i wyedukowana. Chce kupić krem przebadany, taki, który nie podrażni skóry - mówi Aleksandra Klaman, dyrektor marki La Roche Posay w L'Oreal Polska. - Zadaniem naszych kosmetyków jest nie tylko poprawienie urody ale także rozwiązanie problemu dermatologicznego. Kosmetyki często uzupełniają kurację lekami - dodaje Izabela Guziak, dyrektor zarządzający w firmie Nepentes (produkuje m.in. kosmetyki Iwostin, Emolium i Elixine).
Po drugie, apteka to miejsce idealne - sprzedawca w białym kitlu budzi zaufanie. - Polacy słyną z tego, że uwielbiają łykać leki. I wierzą w rekomendacje farmaceutów czy lekarzy - wyjaśnia Klaman. - Sama obecność kosmetyku w aptece może być dla konsumentów sygnałem, że to produkty bezpieczne - dopowiada Małgorzata Bielicka z Nivea Polska, firmy, która niedawno zaczęła podbijać rynek apteczny marką Eucerin.
Stąd trzecie źródło sukcesu. Większość firm nie prowadzi intensywnych kampanii reklamowych (oprócz Vichy, lidera rynku, który jednak traci w nim udziały). Stawia na współpracę z aptekarzami, dermatologami, pediatrami, zatrudnia własne dermokonsultantki które badają skórę klientom i dobierają odpowiednie kosmetyki. - Chcemy dotrzeć do klientów bezpośrednio: dostarczając próbki do aptek, pisząc artykuły poradnikowe do portali o urodzie. Reklama nie jest siłą pociągową sprzedaży żadnej z naszych marek. - mówi Izabela Guziak. - Uważamy, że rekomendacja lekarza lub farmaceuty jest dla klienta cenniejsza. Szkolimy ich bez gwarancji, że będą polecać tylko nasze produkty. Podobne szkolenia organizują inne firmy
Lekarze często polecają te produkty, nawet gdy nie występują żadne problemy ze skórą. Np. na niektórych oddziałach położniczych obsztorcowuje się młode mamy, które chciałyby umyć swoje nowo narodzone dziecko mydłem Bambino zamiast leczniczym produktem dla skór atopowych, tzw. emolientem.
Efekty są tym bardziej spektakularne, że branża farmaceutyczna i kosmetyczna ochoczo przystąpiły do kooperacji - producenci kosmetyków tradycyjnych wprowadzają nowe linie apteczne, a aptekarze masowo dostawiają regały z kremami. Agnieszka Stawarska przypomina, że w Polsce mamy rekordową liczbę aptek, wielu z nich coraz trudniej utrzymać się na rynku tylko ze sprzedaży pigułek, syropów i plastrów. Kosmetyki to nisza, która przysparza gotówki.
- Coraz więcej firm chce być obecnych w aptekach. Zorientowały się, że to tu sprzedaż kosmetyków rośnie i będzie rosła najszybciej - mówi Łukasz Michna, szef marketingu w Pierre Fabre, firmie dystrybuującej m.in. produkty Avene, Elancyl i Galenic.
Dlatego nie tylko Nivea ma linie produktów, które sprzedaje wyłącznie w aptekach: Eris ma Pharmaceris, Oceanic ma AA Therapy, a Ziaja markę Ziaja Med. - To jednak w dużym stopniu zabieg marketingowy. Nic nie stoi na przeszkodzie, by regał kremów Vichy stał w każdym hipermarkecie, a tradycyjne kosmetyki Eris w aptekach - wyjaśnia Maciej Kunicki z firmy IMS Health.
Przedstawiciele firm ze spokojem myślą o przyszłości, nie boją się, że sprzedaż przestanie rosnąć. - Choć sprzedaż dermokosmetyków w ostatnich latach rośnie dynamicznie, to daleko nam do takiego nasycenia rynku jak w krajach rozwiniętych Europy Zachodniej - stwierdza Małgorzata Bielicka.
Firmy planują swoje strategie na najbliższe miesiące i lata. To przede wszystkim nawiązywanie współpracy z kolejnymi aptekami i wprowadzanie nowych linii, na których dotąd mało się skupiano. To np. produkty dla dzieci, dla mężczyzn, specjalistyczne szampony, dezodoranty, makijaż. - To nowościami będzie się zdobywać nowe udziały w rynku. A ponieważ będą się pojawiać wciąż nowi gracze, to ci, którzy nie zajmują miejsca w pierwszej piątce, są skazani na duże inwestycje, by przebić się do świadomości klientów - przewiduje Kunicki.
