Biznes Ludzie Pieniądze

Żeby Warszawa była syta, a Paryż cały

Rozmawiał: Konrad Niklewicz
22.03.2010 , aktualizacja: 22.03.2010 10:21
A A A Drukuj
Były komisarz ds. rynku wewnętrznego i konkurencji Mario Monti mówi "Gazecie", co znajdzie się w jego projekcie reform unijnej gospodarki zamówionym przez Komisję Europejską. I co zrobić, żeby do tych zmian przekonać wszystkie państwa Unii
Mario Monti
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Mario Monti
Konrad Niklewicz: Część ekonomistów ostrzega, że Europę czeka dekada stagnacji, a Unia jako całość będzie musiała żyć ze wzrostem gospodarczym na poziomie 1-2 proc. rocznie. Na tle rosnącej potęgi Chin stoimy w miejscu.

Mario Monti: Europa ma poważne problemy gospodarcze, o strukturalnym charakterze. I z niektórymi z tych problemów będzie ciężko sobie poradzić, np. z problemem demograficznym. Ale mimo to pozostaję optymistą, jeśli chodzi o Unię Europejską. Kryzys zmienił - w pozytywny sposób - opinię reszty świata o europejskiej gospodarce.

Po pierwsze, świat widzi, że kryzys nie został wywołany w Europie. I że to, co przyczyniło się do wybuchu kryzysu w USA - brak kontroli nad rynkami - nie mogłoby się zdarzyć w Europie.

Po drugie, kryzys pokazał innym państwom świata - także Chinom, USA - że trzeba dbać o społeczną stronę gospodarki. Dziś europejskie modele państwa opiekuńczego nagle zdobyły uznanie. Bo w kryzysie okazało się, że ludziom trzeba po prostu pomagać.

Kiedy powstawała strefa euro, założenie było takie, że powstaje unia walutowa tak samo rozwiniętych gospodarek. Kryzys udowodnił, że to nieprawda. Gospodarki państw strefy euro różnią się od siebie, choć teoretycznie nie powinny.

- I nad tym powinniśmy się teraz zastanawiać. Nie możemy oczekiwać, że gospodarki poszczególnych państw upodobnią się do siebie w każdym szczególe. Ale konwergencja gospodarcza powinna dotyczyć podstaw, w tym polityki fiskalnej, utrzymywania dyscypliny budżetowej. Przykład Grecji pokazał, że tej potrzebnej jednolitości w gospodarce nie ma. Niby mamy UGW, czyli Unię Gospodarczą i Walutową, ale mam wrażenie, że przez ostatnie lata wszyscy koncentrowali się na literce W, całkowicie zapominając o U i G.

Mam nadzieję, że teraz będzie więcej chęci na reformy rynkowe, które doprowadzą do faktycznej - a nie tylko nominalnej - konwergencji gospodarczej. Jedną z kluczowych spraw musi być utworzenie naprawdę jednolitego rynku unijnego. Bo on jest niedokończony. Rynek usług i e-gospodarka są w fazie przejściowej. Działalność na tych rynkach nie jest tak samo swobodna jak na rynku wymiany towarowej. Także swoboda przepływu pracowników jest daleka od zadowalającej.

Komisja Europejska powierzyła panu zadanie przygotowania projektu reform wspólnego rynku, tak by te podstawowe słabości usunąć. Jak?

- Chcę zaproponować strategię odnowy wspólnego rynku. Raport przygotowuję w konsultacji z poszczególnymi unijnymi rządami, Parlamentem Europejskim i uczestnikami rynku. I trzeba na niego patrzeć nie tylko jak na techniczną analizę tego, co jest do zrobienia, ale też na dokument, który pokazuje, co jest politycznie możliwe do zrobienia.

Do tej pory wszelkie próby usunięcia narodowych barier na rynku usług zawodziły. Słynna dyrektywa napisana przez pańskiego kolegę z Komisji Fritsa Bolkesteina została rozwodniona w Parlamencie i Radzie Unii Europejskiej. Skąd przekonanie, że teraz pańskie pomysły zostaną zaakceptowane? Skąd pewność, że Unia jest gotowa na całkowicie swobodny przepływ usług, na wzór istniejącej swobody w przepływie towarów?

- To prawda, że tamta dyrektywa została rozwodniona. Musimy posunąć się dalej. Dlaczego sądzę, że teraz się uda? Bo mam pomysł, jak taką reformę przedstawić. Chcę reformy sprzedać w "pakiecie", tak by każde państwo mogło znaleźć w mojej propozycji coś, co mu odpowiada.

Jak zadowolić równocześnie Paryż i Warszawę?

- Zaproponuję liberalizację rynku usługowego, co nie do końca może się spodobać w Paryżu. Ale równolegle zaproponuję rozpoczęcie dyskusji o koordynacji podatków.

Oczywiście, nie chodzi mi o harmonizację stawek podatkowych - to by było zupełnie nierealne i wręcz szkodliwe.

Ale polityka podatkowa może być wspólnie uzgadniana. Jestem przekonany, że nie można o niej więcej decydować tylko na poziomie krajowym. Argument Paryża i Berlina jest dobrze znany - państwa, które korzystają z funduszy UE, mogą sobie pozwolić na prowadzenie bardzo agresywnej polityki podatkowej, odciągając tym samym inwestorów. Moje propozycje mogą zainteresować zarówno Paryż, jak i Warszawę.

Rynek spekuluje, że jednym z przedstawionych przez pana propozycji będzie harmonizacja podstawy opodatkowania.

- Nie tylko ja uważam, że trzeba to wprowadzić! Zdaję sobie sprawę, że temat jest bardzo trudny. Już samo słowo "podatki" wzbudza wielkie emocje. Ale musimy pamiętać, że największym zwolennikiem wprowadzenia wspólnej podstawy opodatkowania są przedsiębiorcy.

Po kryzysie państwa członkowskie zdają się bardziej chętne na wprowadzanie zmian. Pomóc może także to, że mamy stałego przewodniczącego Rady Unii Europejskiej.

Na razie w państwach Unii więcej widać gospodarczego nacjonalizmu niż chęci do integracji. Prezydent Nicolas Sarkozy dyktuje prywatnemu, francuskiemu koncernowi motoryzacyjnemu, że ma produkować auta we Francji, a nie w innym kraju europejskim, gdzie koszty pracy są niższe...

- Ekonomiczny nacjonalizm znów się pojawił i jest widoczny w wypowiedziach polityków. Na szczęście politycy więcej o tym mówią, niż robią. Także dlatego, że jest Komisja Europejska, która pilnuje reguł.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    22 głosy