Biznes Ludzie Pieniądze

Zapomniał wół, jak cielęciem był

Konrad Niklewicz
21.03.2010 , aktualizacja: 21.03.2010 20:12
A A A Drukuj
Po kilku tygodniach zamiatania Grecją podłogi, debata o gospodarczych kłopotach strefy euro i całej Unii Europejskiej nagle przybrała nieoczekiwany obrót.
Konrad Niklewicz
Fot. Marcin Klaban / AG
Konrad Niklewicz
Wpływowi politycy europejscy z wielu różnych krajów wskazali palcem Niemców i zaczęli rzucać oskarżenia: to oni są winni strukturalnej nierównowagi w strefie euro!

Absurd? Niekoniecznie. Taką tezę od dawna stawiają ekonomiści (np. Simon Tilford z brytyjskiego think-tanku Centre for European Reform). Ich zdaniem mechanizm jest prosty: Niemcy za wszelką cenę wspierają swój eksport (do krajów Unii i innych), a jednocześnie niemal nic nie robią, żeby wesprzeć popyt wewnętrzny. W efekcie niemieckie towary wypychają ze światowych rynków np. produkty z Francji, których nie daje się też sprzedać w 80-milionowych Niemczech, bo Niemcy przestali cokolwiek kupować, tak oszczędzają. I tak miesiąc po miesiącu, rok po roku, niemiecka nadwyżka w handlu zagranicznym staje się automatycznie deficytem sąsiadów. A to prędzej czy później musi skończyć się katastrofą - jak pokazał karykaturalnie przesadzony casus Grecji.

Teza jak teza. Nie wszyscy ekonomiści się z nią zgadzają. Nowość sytuacji polega na tym, że to, co do tej pory było tylko elementem dyskusji teoretyków, teraz stało się podstawą do politycznych oskarżeń, i to stawianych przez największe nazwiska europejskiej sceny politycznej, dotąd bynajmniej niekojarzone z populizmem. - Nie jestem pewna, czy niemieckie podejście, polegające na wzmacnianiu konkurencyjności gospodarczej i stałej presji na obniżkę płac, da się zastosować w całej strefie - ostrzegła francuska minister finansów, znana raczej z liberalnych poglądów Christine Lagarde. Wtórował jej inny znany europejski liberał Fin Olli Rehn, dziś unijny komisarz ds. monetarnych: - Państwa, które dysponują nadwyżką budżetową, powinny przyspieszyć reformy, które zwiększą ich wewnętrzny popyt - powiedział Rehn, poparty przez innego unijnego komisarza Hiszpana Joaquina Almunię (odpowiada za politykę konkurencji).

Reakcja Niemców na zarzuty była zaskakująca. Owszem, początkowo próbowali tłumaczyć, że ich relatywny sukces gospodarczy (wartość niemieckiego eksportu w 2009 r. wyniosła 808,2 mld euro) powinien być raczej wzorem do naśladowania, a nie krytyki. Niemieccy politycy (m.in. minister gospodarki Reiner Bruderle) przypomnieli europejskim kolegom, że to właśnie dzięki zaciskaniu pasa w Niemczech udało się uniknąć skokowego wzrostu bezrobocia - już po wybuchu kryzysu. I że każdemu krajowi wyszłoby na zdrowie, gdyby wzmocnił produktywność, obniżył koszta, wprowadził więcej innowacji, słowem: stał się mocniejszym rywalem w światowej grze gospodarczej. Czyli żeby zrobił to, co Niemcy z bólem przeprowadzili przez pięć ostatnich lat.

Ale już w środę niemieccy politycy przestali cokolwiek cierpliwie tłumaczyć. Na odwrót: Berlin wziął kij w rękę i zaczął szturchać resztę Europy. Na scenę wkroczyła kanclerz Angela Merkel i zażądała, by do unijnego prawa wprowadzić przepis, który pozwalałby wyrzucać ze strefy euro niezdyscyplinowanych członków.

Nie sposób zrozumieć, po co szefowa niemieckiego rządu to powiedziała. Raz, że jej propozycja nie ma najmniejszych szans na powodzenie - bo przecież musiałyby ją poprzeć także te państwa, które do "dyscyplinarnego wyrzucenia" dziś kwalifikują się w pierwszej kolejności.

Dwa, że akurat w sprawie "notorycznego" łamania reguł strefy euro Niemcy nie powinny zbyt głośno się wypowiadać. Uchwalony w piątek budżet Republiki Federalnej Niemiec na 2010 r. przewiduje najwyższe w historii nowe zadłużenie (80,2 mld euro) i deficyt budżetowy grubo powyżej 3 proc. I czy ktoś dziś jeszcze pamięta, że w 2003 r. to właśnie Niemcy nazywano "chorym" człowiekiem Europy? Na początku dekady regularnie łamały obowiązujące reguły, rok w rok przekraczając 3-proc. próg deficytu budżetowego. Sytuacja była na tyle poważna, że siedem lat temu Niemcy formalnie kwalifikowały się, by stać się pierwszym krajem Unii, na który spadnie kara finansowa za łamanie dyscypliny budżetowej.

I co wtedy zrobił Berlin? Poddał się pokornie bolesnej krytyce, tak jak dziś czyni to upokorzona Grecja? Bynajmniej. Niemcy zmontowali polityczną koalicję (m.in. z Francją, ale także z Grecją!) i reguły prawne unieważnili.

Dziś Niemcy lepiej przysłużyliby się Unii, gdyby cierpliwie namawiali ją na powtórzenie własnych udanych reform zamiast szturchać resztę kontynentu kijem.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    56 głosów