Google.cn działała na chińskim rynku od 2006 roku. Amerykanie nie chcieli jej dłużej cenzurować co było warunkiem jej pozostania w Chinach gdzie zagraniczni operatorzy są zobowiązani do filtrowania swoich stron.
Google nie zamyka jednak do końca swej filii. W Chinach pozostawił póki co dział reklam oraz usługi dla telefonii komórkowej. Internetowy gigant nie zwolni też programistów i nie zamknie działu sprzedaży.
W poniedziałek po południu wszyscy użytkownicy, którzy wpisali w przeglądarki adres Google.cn, zostali przekierowani na chińskojęzyczną stronę w Hong Kongu. Pojawiał się na niej napis "Witamy na nowej stronie chińskiej wyszukiwarki Google".
Ta decyzja Google'a to kompromis między chęcią czerpania gigantycznych zysków z chińskiego rynku, a niechęcią do popierania polityki tamtejszego rządu, który od lat cenzuruje niewygodne dla siebie wyniki wyszukiwania. Firma sygnalizowała w styczniu, że zamierza całkowicie wycofać się z Chin, największego na świecie pod względem liczby użytkowników rynku internetowego.
Google poinformował wtedy, że wykrył atak na swoje komputery oraz na komputery 20 innych amerykańskich firm pochodzący właśnie z Chin. Według niej tamtejszy cyberwywiad starał się uzyskać m.in. informacje z kont poczty elektronicznej należących do chińskich dysydentów. Doprowadziło to do reakcji ze strony władz
USA. Sekretarz stanu Hillary Clinton wezwała wówczas
Chiny, aby przeprowadziły śledztwo i zaprotestowała przeciwko cenzurze w internecie.
Wcześniej, Google przez cztery lata współpracował z reżimem, wycinając wiele niewygodnych dla rządu stron z chińskiej wersji wyszukiwarki (dostępnej pod adresem www.google.cn). I powszechnie był za tę współpracę krytykowany - tym bardziej że motto koncernu głosiło: "Nie czyń zła". Google broniło się, twierdząc, że z ocenzurowaną wyszukiwarką i tak internauci zyskają większy dostęp do informacji.
Chiny od zeszłego roku stawiały jednak coraz to nowe żądania - pod pretekstem walki z pornografią kazały Google usunąć kilka funkcji z wyszukiwarki, od marca blokują dostęp do YouTube, należącego do Google serwisu z filmami.
Ruch Google spotkał się z aprobatą organizacji broniących praw człowieka i wolności słowa jak Amnesty International czy Reporterów bez Granic. Niektórzy uważają jednak, że decyzja Google niewiele zmieni. - Przywódcy Chin uważają utrzymanie monopolu we wpływaniu na opinię publiczną za kluczowe dla partii. Od dwóch lat cenzura informacji w Chinach się zaostrza, a internet jest coraz ściślej kontrolowany - mówi "Gazecie" David Bandurski, znawca chińskiego internetu i mediów.
Chiny rozczarowane decyzją Niezadowolenie z decyzji amerykańskiej firmy wyraziły władze w Pekinie, a przedstawiciele Białego Domu oświadczyli, że administracja USA jest "rozczarowana" fiaskiem rozmów pomiędzy zarządem Google'a a Pekinem.
Według chińskiej agencji prasowej Xinhua tamtejsze władze uznały decyzję Google'a, za "totalnie złą". Zdaniem Pekinu amerykańska firma "pogwałciła pisemną obietnicę" na mocy której wyniki dostarczane przez chińską wersję wyszukiwarki Google'a podlegały cenzurze.
Roczne przychody Google z Chin szacuje się na 300-400 mln dol. (ułamek światowych przychodów, które przekraczają 20 mld dol.). To też jeden z niewielu rynków na świecie, gdzie Google ustępuje lokalnemu graczowi (chińskie Baidu ma ok. 63 proc., Google - ok. 33 proc.). Jednak Chiny z ponad 350 mln osób korzystających regularnie z sieci to największy rynek internetowy świata. I szybko rośnie. Sam rynek wyszukiwarek był wart w ub.r. miliard dolarów.
Google to tylko jeden z wielkich amerykańskich koncernów, które ugięły się pod presją Chin - by sprzedawać w Chinach iPhone'y,
Apple zablokowało aplikacje związane z Dalajlamą,.
Microsoft cenzurował wpisy w blogach, blokując słowa: "demokracja" i "wolność". A Yahoo! w 2005 r. przekazało władzom e-mail, w którym dziennikarz Shi Tao opisał, jak rząd instruuje dziennikarzy, jak opisywać obchody 15. rocznicy wydarzeń na placu Tiananmen. Trafił na dziesięć lat do więzienia.