O powrocie
MFW poinformował wczoraj Mark Adler, przedstawiciel Funduszu w Kijowie.
Ostatni raz misja MFW była na Ukrainie w końcu października. Sprawdzała, jak ukraiński rząd wypełnia umowę z Funduszem, w ramach której dostał 12 mld dol. kredytu. Pożyczka uratowała ukraiński rząd, któremu nikt nie chciał pożyczyć pieniędzy. Po raz pierwszy w historii MFW zgodził się na przekazanie pieniędzy na bieżące wydatki budżetu. Kredyt poszedł m.in. na zapłatę za rosyjski gaz oraz na dokapitalizowanie banków, które są w opłakanym stanie.
Czwarta transza kredytu - 3,8 mld dol. - została wstrzymana, bo mimo wielu obietnic ukraiński rząd Julii Tymoszenko nie wywiązywał się z umów. Nie podniesiono m.in. cen gazu i energii, które państwo dotuje. Ukraiński parlament przed wyborami nie zdołał uchwalić nawet budżetu na 2010 r. MFW czekał na wynik wyborów prezydenckich. I nie tylko on. Po zwycięstwie Wiktora Janukowycza i nadspodziewanie szybkim sformowaniu rządu najważniejsze
agencje ratingowe S&P oraz
Fitch podwyższyły ocenę wiarygodności Ukrainy. - Nowy rząd może skonstruować bardziej konsekwentną strategię i poprawić stosunki z pożyczkodawcami - stwierdził John Chambers z S&P.
Rząd już zyskał też spory kredyt zaufania. Mocno spada oprocentowanie ukraińskich obligacji. Jeszcze w październiku rząd musiał płacić inwestorom 29 proc. rocznie. Na aukcji 17 marca oprocentowanie spadło do 16 proc., a popyt przewyższył podaż na nienotowaną w historii Ukrainy skalę. To ważne, bo co dziesiąta hrywna z budżetu idzie na obsługę długu.
Wicepremier Serhij Tyhipko obiecał też przeprowadzenie w tym roku masowej
prywatyzacji. Pod młotek mają iść m.in. telekomunikacyjny Ukrtelekom oraz regionalni sprzedawcy prądu. Rząd chce zyskać w ten sposób 1 mld dol.