Megaustawa składa się z megaliczb. Ma znowelizować aż 105 ustaw. Poprawę ma odczuć blisko 310 tys. przedsiębiorców. Zmiany dotyczą m.in. prawa łowieckiego - organizatorzy polowań dla "dewizowców" nie będą musieli starać się o wpis do specjalnego rejestru. Rejestry mają też przestać uprzykrzać życie pracowniom psychologicznym czy pośrednikom turystycznym. Łatwiej też będzie otworzyć firmę detektywistyczną czy zostać tłumaczem.
Szejnfeld zabrał ostatnio megaustawę na specjalne posiedzenie komisji "Przyjazne państwo", której jest członkiem, i czytał ją punkt po punkcie.
Pawlak się zdenerwował. Uznał, że ustawa to własność jego resortu, a innym od niej wara. Nawet byłym wiceministrom.
Wyborcza.biz: Dlaczego na komisji "Przyjazne państwo" prezentował pan ustawę, nad którą pracuje Ministerstwo Gospodarki? Adam Szejnfeld (PO): Tworzyłem tę ustawę w resorcie jeszcze jako wiceminister gospodarki. Pracowałem nad nią z zespołem ponad półtora roku. Czuję się więc jej ojcem. Na posiedzeniach komisji padały propozycje, by podejmować inicjatywy, które już wcześniej zostały zrealizowane w ministerstwie. Dlatego przewodniczący komisji poprosił mnie, abym zaprezentował ten projekt. Zgodziłem się. Wychodzę bowiem z oczywistego założenia, że nie powinno powielać się
pracy już wykonanej i temu celowi poświęcona była prezentacja. Premier Pawlak nigdy w rozmowie ze mną nie miał żadnych o to pretensji, i słusznie, gdyż ta inicjatywa służyła ministerstwu i rządowi, a nie odwrotnie.
Jako ojciec projektu jest pan z nim bardzo związany. Co pan teraz czuje, gdy kto inny prowadzi sprawę? - To wielka ustawa. Megaustwa. Miała być zwieńczeniem moich wysiłków nad "Pakietem na rzecz przedsiębiorczości". Pracę nad nią porównałbym do kilkuletnich przygotowań himalaistów, a następnie do ich marszu mającego na celu zdobycie zimą Mount Everestu. Przeszli klika kilometrów pod górę, aż nagle, 100 metrów przed szczytem, dopadła ich śnieżyca i musieli zawrócić. To sytuacja trudna do zaakceptowania. Ja od lat zajmuję się deregulacją. Efektem tej pracy jest cały pakiet ustaw na czele z omawianym megaprojektem. Gdy
pracę ukończyłem - było to we wrześniu u.br. - ze względu na polityczne intrygi i manipulacje opozycji zmuszony zostałem do rezygnacji ze stanowiska. Mój Mount Everest został na wyciągniecie ręki przede mną, jak nieosiągalne marzenie.
Ktoś dokończy pracę nad ustawą w resorcie? - Mam nadzieję. Te przepisy są bowiem potrzebne polskim przedsiębiorcom, ale nie tylko, także wszystkim obywatelom.
Ale po pana odejściu już wycofano kilka zmian z ustawy - Nie chcę tego komentować.
Dziś zwalczaniem bubli i biurokracji zajmuje się komisja "Przyjazne państwo", resort gospodarki i kancelaria premiera? Może wystarczyłby jeden ośrodek? - Każdy z tych ośrodków zajmuje się czym innym i w innym zakresie. Ich istnienie i
praca są więc uzasadnione, pod warunkiem że działania są skoordynowane. Nie powinny ścigać się ze sobą. Uważam, iż Ministerstwo Gospodarki oraz inne resorty powinny zajmować się zmianami systemowymi, kompleksowymi, a komisja sejmowa eliminacją pojedynczych absurdów prawnych. Sztuką jest wykorzystanie siły synergii działania wszystkich tych ośrodków i poprzez to przywracanie normalności w Polsce.
Ostatnio premier ogłosił, że chce powołać ministra przy swojej kancelarii odpowiedzialnego za walkę z biurokracją. Pawlaka to rozsierdziło. - Takie stanowisko więc mogłoby pomóc rozwiązać problem ciągłych sporów kompetencyjnych.
Zostałby pan takim ministrem, gdyby premier panu zaproponował? - Byłem wiceministrem gospodarki, więc moje miejsce jest przede wszystkim w tym resorcie. Jeżeli propozycja premiera byłaby inna, to bym ją rozważył
Dlaczego tak ciężko idzie walka z biurokracją? - Odsyłam do Cervantesa - wiatraków jest wiele, ale Don Kichot jeden.
