Kompromis wykuty przez kanclerz Angelę Merkel i prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego, który reszta przywódców strefy euro zatwierdziła w czwartek późnym wieczorem, to spory sukces Niemiec niechętnych szybkiemu wykładaniu pieniędzy na rzecz Greków.
Porozumienie jest bowiem w dużym stopniu odświeżeniem obietnicy pomocy, którą
Grecja dostała od UE już na lutowym szczycie Unii. Prawdziwą nowością jest jedynie głośne przyzwolenie na udział Międzynarodowego Funduszu Walutowego w akcji ratowania Grecji, choć do niedawna pomoc MFW dla krajów euro była w Brukseli zupełnym tabu. - To byłoby oddanie
USA części kontroli nad euro. Cios w naszą wiarygodność - straszyli eurokraci.
Grecki premier Jeorios Papandreu szantażował do niedawna Brukselę, że bez unijnej pomocy zwróci się do MFW. Ostatnio spuścił jednak z tonu, bo MFW mógłby zażądać od Aten znacznie radykalniejszych cięć budżetowych niż
Bruksela. - Obecne reformy Papandreu nie wystarczą MFW - twierdzi Domenico Lombardi, ekspert z Brookings Institution.
Grecja musi znaleźć 20-25 mld euro w ciągu dwóch miesięcy. Unijni dyplomaci spekulują, że MFW miałby wyłożyć jedną trzecią tej kwoty. Niewykluczone, że pomysł mieszanej pomocy MFW i UE ma pomóc krajom Europy w wymuszeniu na Grekach dodatkowych cięć. - MFW nie ma takich oporów politycznych jak koledzy Papandreu z Rady Europejskiej - mówi Lombardi.
Wczorajsza ugoda przewiduje, że pomoc dla Grecji - kredyty dwustronne krajów UE plus MFW - powinna być uruchomiona w "ostateczności" oraz za jednomyślną zgodą członków grupy euro, którzy będą kredytować Grecję. Kiedy?
Francja i inni zwolennicy szybkiej pomocy przekonują, że bez szybkiego wyciągnięcia ręki do Greków załamią się zasady solidarności w UE. Przeciwnicy straszą, że zastrzyk łatwych pieniędzy dla Greków zniechęci inne kraje strefy euro do pilnowania budżetów. I wkrótce ustawią się w kolejce po pieniądze.
Szybkiej pomocy niechętne są
Niemcy, które jako największy płatnik UE musiałyby wziąć na siebie główny ciężar ratowania Greków. Dlatego tuż przed wczorajszym szczytem unijni politycy poddawali Merkel bezprecedensowym naciskom. - Miej trochę odwagi, Angelo! Masz problem w swoim kraju, bo większość ludzi jest przeciw solidarnej pomocy. Powiedz im, że jesteśmy jedną rodziną. My byliśmy solidarni, kiedy jednoczyły się Niemcy. Wszyscy płaciliśmy i nie żałujemy - apelowała komisarz UE Viviane Reding z Luksemburga.
Niemieccy dyplomaci tłumaczyli wczoraj w Brukseli, że Berlin chce poczekać z decyzją o pomocy co najmniej miesiąc, żeby sprawdzić, czy Grecja naprawdę tonie. Wtedy Niemcy mogłyby przyłączyć się do pomocy pod hasłem ratowania "bezpieczeństwa kraju" (czyli euro), bo zwykły bailout jest zakazany przez niemiecki trybunał konstytucyjny. Nawet część unijnych ekspertów przyznaje, że Grecy mają nadal możliwość uzyskania gotówki przez pożyczki na wolnym rynku.
Grecki kryzys popycha kraje euro do ściślejszej koordynacji gospodarczej, a nawet rodzi pomysły obkładania sankcjami maruderów bądź - to wymagałoby zmiany traktatu UE - wyrzucania ich ze strefy euro. - Traktowaliśmy te pomysły jako chwyt na użytek własnych wyborców, ale Merkel sygnalizuje, że naprawdę chce dyskusji o sankcjach i zmianie traktatu - mówi jeden z francuskich dyplomatów.
Gotowość pomocy dla Grecji deklarował wczoraj Donald Tusk, "o ile będzie to projekt całej UE". To pusta obietnica, bo nad planem pomocowym pracują tylko kraje euro.
