Jeszcze niedawno projekt przewidywał taką możliwość, ale resort się z tego przepisu wycofał. - Konsultowaliśmy sprawę z zainteresowanymi i wszyscy, jednogłośnie zapis ten krytykowali - mówił wczoraj na spotkaniu w Konfederacji Pracodawców Polskich wiceminister Rafał Baniak. Jednak dyskusja pokazała, że wielu spółdzielców czuje się zawiedzionych decyzją ministra.
Profesor Stanisław Sołtysiński, jeden z najwybitniejszych w Polsce znawców prawa handlowego stwierdził, że obowiązujący zakaz przekształceń spółdzielni w spółki jest pogwałceniem konstytucji, która gwarantuje swobodę gospodarowania, a więc decydowania o formie prawnej przedsiębiorstwa. W spółdzielniach każdy członek, niezależnie od tego, ile do niej wniósł, ma równe prawo głosu, co w oczywisty sposób zniechęca do inwestowania w firmę. Sektor spółdzielczy jest zatem w zaniku. 75 proc. istniejących przed dwudziestu laty podmiotów rozwiązało się. Poza spółdzielniami socjalnymi czy mieszkaniowymi, funkcjonującymi na osobnych zasadach, nie powstają nowe. Dotyczy to zwłaszcza spółdzielni
pracy.
Prawa do przekształcenia w spółki bronił Jerzy Baczyński, redaktor naczelny "Polityki" i prezes Spółdzielni Pracy "Polityka". - Związek Lustracyjny, któremu podlega nasza spółdzielnia, wydał oświadczenie, w którym w imieniu spółdzielców protestuje przeciwko prawu przekształcania spółdzielni w spółki. Mnie nikt o opinię nie pytał. Wygląda na to, że ministerstwo konsultowało projekt ze spółdzielczymi "czapkami", a nie ze spółdzielcami - mówił Baczyński.
Przeciw możliwości przekształcania spółdzielni w spółki był Alfred Domagalski, prezes Krajowej Rady Spółdzielczej, i Tadeusz Bartkowski, przewodniczący Komisji Rewizyjnej Związku Lustracyjnego Spółdzielni Pracy. Domagalski twierdzi, że to zły pomysł, bo... znikną spółdzielnie. Zachwalał tę formę własności jako przykład "greckiej demokracji". - To raczej liberum veto - replikował Sołtysiński, bo dziś nawet jeśli 99 proc. spółdzielców chce przekształceń, jeden głos sprzeciwu może je zablokować.
