Według "Handelsblatt" i "Süddeutsche Zeitung" rząd Angeli Merkel dopuszcza możliwość, aby najnowsze elektrownie atomowe w Niemczech pracowały nawet przez 60 lat. To pierwsze konkretne propozycje dotyczące losów 17 niemieckich reaktorów jądrowych po zeszłorocznych wyborach do Bundestagu.
Dziesięć lat temu, za rządów koalicji SPD i Zielonych, los elektrowni atomowych wydawał się przesądzony. Partie postanowiły, że mniej więcej do 2020 r. zamkną wszystkie elektrownie atomowe w Niemczech.
Politycy przekonywali wówczas, powołując się na przykład Czarnobyla, że atom jest zbyt niebezpieczny dla środowiska. Energetykę atomową miał zastąpić rozwój elektrowni wiatrowych i słonecznych. Ostatni, najnowocześniejszy niemiecki reaktor w badeńskim Neckarwestheim (uruchomiony w 1988 r.) planowano wyłączyć w 2022 r. Cały program ochrzczono mianem "Wyjście z atomu".
Strategia zmieniła się we wrześniu 2009 r., gdy władzę przejęła koalicja CDU i FDP, partii związanych z kręgami gospodarczymi i przychylnych energetyce atomowej. Spodziewano się, że nowy rząd przywróci atom do łask - ale nikt nie przypuszczał, że aż na tak długo.
Według ujawnionych dokumentów partie planują kilka wariantów przedłużenia reaktorom życia. Najambitniejszy z nich przewiduje, że ostatnia elektrownia atomowa będzie zamknięta dopiero w 2050 r.! Reaktorowi w Neckarwestheim stuknie wówczas 62. rok.
I dlatego decyzję rządu krytykuje opozycja. - Jestem nieźle wystraszony. Jak można w ogóle myśleć o utrzymywaniu na chodzie takiego złomu jak reaktory w Biblis czy Brunsbüttel - pyta oburzony Sigmar Gabriel, szef SPD i były minister środowiska. Dodawał, że to efekt lobbingu koncernów energetycznych. - Dziennie na starym reaktorze potrafią zarobić milion euro - mówi. Pomysły koalicji nie podobają się zresztą nawet niektórym politykom prawicy. Norbert Röttgen, chadecki minister środowiska, do tej pory przekonywał, że ostatnie reaktory powinno wyłączyć się najpóźniej w 2040 r.
Ostateczna decyzja ma zapaść jesienią, kiedy rząd formalnie przedstawi projekt polityki energetycznej. Ceną za przedłużenie
pracy istniejących reaktorów będą wielkie inwestycje w ich bezpieczeństwo.
Skąd ta wolta? Kiedy rząd Gerharda Schrödera podejmował decyzję o zamknięciu atomówek do 2022 r. zakładano, ze wtedy kraj będzie już zasilany ze źródeł odnawialnych, a także z elektrowni gazowych i węglowych, które nie będą emitować dwutlenku węgla. Ale to okazało się to nierealne: wciąż nie wiadomo kiedy będzie gotowa technologia CCS, umożliwiająca wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla pod ziemią (albo pod dnem morza). Co gorsza, już od 2013 r. zgodnie z unijnym pakietem klimatyczno-energetycznym elektrownie gazowe i węglowe będą musiały kupować uprawnienia do emisji dwutlenku węgla. Według prognoz Komisji Europejskiej cena emisji jednej tony dwutlenku węgla sięgnie 60 euro. A ponieważ elektrownie atomowe płacić nie będą musiały - bo dwutlenku węgla nie emitują - rząd będzie miał gwarancję, że cena prądu w Niemczech nie poszybuje pod sufit.
Mimo to decyzja rządzącej prawicy o przedłużeniu życia reaktorów i tak wywoła protesty. 52 proc. Niemców wciąż opowiada się za likwidacją elektrowni jądrowych. Popiera je tylko 30 proc.
Paradoksalnie,
Niemcy mają równie negatywny stosunek do elektrowni węglowych. W ciągu ostatniego roku wskutek protestów lokalnych społeczności bądź organizacji ekologicznych koncerny porzuciły projekty budowy aż 13 dużych elektrowni węglowych o łącznej mocy między 8 a 10 tys. MW. W ich miejsce planują elektrownie gazowe bądź na biomasę. W najbliższych latach to właśnie gaz będzie dla Niemiec głównym źródłem energii.
Prócz Niemiec tylko jedno inne państwo europejskie zdecydowało się wyłączyć atomówki - Włochy. Jednak po 20 latach od referendum także i one zmieniają zdanie. W najbliższych miesiącach koncern Enel ma wybrać miejsce budowy nowej siłowni jądrowej. Z planów rezygnacji z energetyki jądrowej wycofali się też Szwedzi.
