Biznes Ludzie Pieniądze

Dlaczego Google szuka w Chinach guza?

Vadim Makarenko
28.03.2010 , aktualizacja: 29.03.2010 11:47
A A A Drukuj
W sporze między Google'em a Chinami jest coś monumentalnego. Amerykański koncern, który zdominował światowy internet, kontra supermocarstwo, które chce zdominować światową gospodarkę. Pierwszy decyduje o tym, co i jak znajdujemy w sieci my wszyscy, drugie chce decydować o tym, co znajdują jego obywatele. I właśnie tu doszło do konfliktu.
Vadim Makarenko
Fot. Marcin Klaban / AG
Vadim Makarenko
Google chce, żeby Chińczycy - tak jak internauci w innych krajach - znajdowali w sieci maksymalnie dużo. Bo wtedy będą tam wracać, a to z kolei pozwoli Google'owi szybko wzmacniać się zyskami z reklam, które oglądają. Chiński rząd chce, żeby jego internauci znajdowali tylko to, co jest zgodne z państwową propagandą, bo to umacnia władzę, zaś informacje niezgodne z propagandą ją osłabiają.

Mimo to przez cztery lata Google'owi i rządowi Chin udawało się porozumieć. Koncern godził się na autocenzurę swojej głównej usługi w Państwie Środka, bo to pozwalało mu zdobyć przyczółki na największym i najszybciej rosnącym rynku świata.

A jednak 22 marca amerykański gigant zrezygnował z cenzury i skierował wszystkich Chińczyków na własną witrynę w Hongkongu. Co się takiego wydarzyło, że notowana na giełdzie spółka zrezygnowała z ponad 300 mln dol. rocznych przychodów i 33 proc. udziału w rynku? A przecież to największy rynek na świecie: 400 mln internautów, 745 mln abonentów telefonii komórkowej. Żyć nie umierać. Dlaczego więc niedawny kolaborant stał się dysydentem?

Teorii jest kilka.

1. Bo Chiny złamały umowę.

W grudniu Google odkrył, że jego serwery zostały zaatakowane z chińskich komputerów. Celem hakerów były m.in. skrzynki klientów jego systemu pocztowego, zwłaszcza chińskich obrońców praw człowieka. Taki gigant jak Google mógł zamieść sprawę pod dywan, a jednak w połowie stycznia zdecydował się na zaostrzenie stosunków z Pekinem i zapowiedział, że nie chce dłużej cenzurować wyników wyszukiwania. Dlaczego? Bo uznał, że kompromis z chińskimi władzami, który ściągnął na amerykańskie spółki internetowe falę krytyki już nie wystarcza. Zagrożony stał się cały biznes Google w Chinach, więc nadszedł czas na trzaśnięcie drzwiami.

2. Bo mogło być jeszcze gorzej.

Czy za atakami stał chiński rząd? - Wiem, jaki był cel, więc to naprawdę nie ma znaczenia - ucina Sergey Brin, współzałożyciel Google w wywiadzie dla "New York Times". A jeśli ze skrzynek pocztowych dysydentów wykradziono informacje, które umożliwiają skazanie niektórych z nich na więzienie? Zdobyte taką drogą maile nie mogą być dowodem w sądzie, ale chińskie władze mogą zwrócić się do Google'a z oficjalnym żądaniem ich udostępnienia. Dokładnie tak samo, jak zwróciły się w 2005 r. do Yahoo. Yahoo przekazało władzom Chin e-mail, w którym dziennikarz Shi Tao opisał instrukcję rządu dotyczącą relacjonowania obchodów 15. rocznicy wydarzeń na placu Tiananmen. Trafił na dziesięć lat do więzienia, a Yahoo zostało przesłuchane przed kongresem USA i publicznie skarcone.

3. Bo Google nie jest zwyczajną firmą.

Jej słynne motto brzmi: "Nie czyń zła". "Filtrowanie wyników wyszukiwania w sposób oczywisty nie zgadza się z naszą misją" - przyznała w styczniu 2006 r. Google tłumaczył wówczas, że pozostawienie jednej piątej populacji globu bez jakościowego wyszukiwania w sieci byłoby gorszym wyjściem niż zgoda na autocenzurę. Wierzył, że jego obecność w Chinach może przyspieszyć demokratyzację. Jednak Sergey Brin po igrzyskach w Pekinie wyznał: "Blokowanych jest coraz więcej treści". Po czterech latach takiej symbiozy firma mogła uznać, że jej nadzieję są płonne.

4. Bo Brin urodził się w ZSRR.

Dziennik "Wall Street Journal" napisał, że decyzja Google'a wynika m.in. z tego, że Sergey Brin pochodzi z ZSRR i "był świadkiem konsekwencji cenzury". Anonimowe źródło gazety powiedziało, że dorastanie w Związku Radzieckim spowodowało, że zawsze sprzeciwiał się używaniu technologii do śledzenia obywateli. - To zdecydowanie ukształtowało moje poglądy i część poglądów mojej firmy - wyznał Brin w "New York Times". Czy mógł się zetknąć z radziecką cenzurą? Miał sześć lat, gdy jego rodzina wyemigrowała do USA, a decyzję o opuszczeniu kraju podjęła ze względu na antysemicką nagonkę, a nie cenzurę. O jednym i o drugim Sergey mógł wiedzieć raczej z opowieści rodziców. Faktem jest jednak, że zawsze sprzeciwiał się wejściu do Chin na warunkach Pekinu. "Wall Street Journal" dodaje, że w styczniu tego roku, gdy prezes Google Eric Schmidt opowiadał się za pozostawieniem wyszukiwarki w Chinach, Brin uznał, że to podejście nie zdało egzaminu.

5. Bo to się jednak opłaca.

To duża firma znajdująca się pod ciągłą presją akcjonariuszy. Trudno uwierzyć w to, że podejmuje decyzje bez kalkulacji ekonomicznej. Czy zatem konflikt z chińskim rządem i wycofanie wyszukiwarki z przyszłościowego rynku ma swoje plusy? Po pierwsze, Google zyskuje w oczach klientów, bo pokazuje im, że jego motto nie jest pustym frazesem. - Nie ma wątpliwości co do tego, że przyjęcie postawy społecznie odpowiedzialnej przynajmniej na Zachodzie jest dobre dla wizerunku i dla biznesu - komentuje Corinna-Barbara Francis z Amnesty International na łamach brytyjskiego "The Times". Po drugie, Google może liczyć na ocieplenie stosunków z władzami na Zachodzie. To się może przydać. Amerykański Departament Sprawiedliwości coraz baczniej przyglądają się gigantowi, a Komisja Europejska już wszczęła wstępne postępowanie mające wyjaśnić, czy nie stosuje on nieuczciwych taktyk w walce z konkurencją.

A co z chińskimi internautami? To już zupełnie inna historia.







Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów