Witold Orłowski*: Ze służbą zdrowia mamy niewąski problem. Wszystko zaczyna się od pytania: czy ludzkie życie ma cenę? Jeśli jest bezcenne, każdego chorego trzeba ratować bez względu na koszty i szanse powodzenia kuracji. Tyle że wówczas pieniądze szybko się skończą. Ze szkodą dla licznej grupy pacjentów, którym mogłyby pomóc. Rachunek ekonomiczny kosztów opieki zdrowotnej wymaga rzeczy nieludzkiej, ale racjonalnej: uznania, że wszystko ma swoją cenę. A wtedy, gdy środków jest zbyt mało (co jest chyba chroniczną przypadłością służby zdrowia), należy umieć dokonywać wyboru, z jakiego leczenia trzeba zrezygnować, by starczyło na inne. Brutalne, prawda?
Komercyjne firmy ubezpieczeniowe jakoś sobie z tym radzą...
Skoro choroba jest przypadkiem losowym, cała rzecz staje się typowym problemem ubezpieczeniowym. Choroba dotyka człowieka okresowo, można wyliczyć prawdopodobieństwo, jak często, i ustalić wysokość składki, która - pobierana od wszystkich ubezpieczonych - pokryje koszty leczenia tych, którzy akurat zachorują.
Tu pojawia się pytanie: kto powinien takie ubezpieczenie zorganizować? Może to zrobić państwo, wprowadzając obowiązkowe uczestnictwo w systemie i ściągając składki od wszystkich (tak się dzieje w większości krajów Europy). Ale można też pozostawić to wyborowi ludzi, czyli działalności prywatnych firm ubezpieczeniowych (jak to się dzieje w USA).
Plusy i minusy obu tych rozwiązań są oczywiste. Państwowy ubezpieczyciel zapewnia, że wszyscy obywatele są objęci opieką, ale (jak to monopolista) będzie dostarczał nie najwyższej jakości usługi. Efekt? Dużo rozczarowanych klientów stojących w tasiemcowych kolejkach. Z kolei prywatne firmy muszą ze sobą konkurować i walczyć o klienta, a jednocześnie nie stać ich na marnotrawstwo pieniędzy. Czyli system finansowania opieki zdrowotnej będzie tu dużo sprawniejszy, a ona sama - lepsza.
Podejrzewam jednak, że wystąpi niepożądany efekt uboczny...
Tak, będzie nim segmentacja społeczeństwa - ci, których stać na droższe ubezpieczenie, zyskają dużo lepszy dostęp do usług od reszty. A co najgorsze, w warunkach dobrowolnego wyboru znaczna część społeczeństwa (zbyt ubodzy lub przekonani, że choroba nigdy ich nie dopadnie) w ogóle się nie ubezpieczy. I kiedy ci nieubezpieczeni zachorują, będzie to wielkim problemem i dla nich, i dla reszty społeczeństwa.
Oczywiście oba te skrajne systemy można łagodzić, eliminując ich najbardziej niepożądane cechy. W przypadku opieki "państwowej" można wprowadzać elementy konkurencji rynkowej i zezwolić na istnienie dodatkowych ubezpieczeń prywatnych. Zaś w prywatnym systemie opieki - wdrażać finansowane z budżetu systemy wsparcia dla najuboższych i najstarszych. Będzie to jednak zawsze tylko proteza. Jeśli programy socjalne mają ograniczony zasięg i skalę działania, duża część społeczeństwa i tak nie jest nimi objęta (w USA - kilkadziesiąt milionów ludzi), a oferowane przez nie usługi nie mogą równać się z systemem komercyjnym. Silna segmentacja więc pozostaje - co prezydent Obama stara się ograniczyć, dążąc do wprowadzenia w USA systemu powszechnego. Z kolei reformy systemów publicznych zwykle idą jak po grudzie, bo rynku nie da się wprowadzić częściowo - albo jest, albo go nie ma. Segmentacja i tak następuje, a problemy publicznego ubezpieczyciela nie znikają.
Jak widać, nie ma prostego rozwiązania. W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do powszechnej opieki zdrowotnej. Kluczem do problemu jest chyba jasne (i twarde) zdefiniowanie, czego od takiego państwowego ubezpieczyciela możemy oczekiwać, a czego nie. I pozostawienie reszty ubezpieczycielom prywatnym. Ale to łatwiej napisać, niż zrobić.
*Witold Orłowski jest ekonomistą PricewaterhouseCoopers