Komisja po raz kolejny przekonała się, że jednolity, europejski rynek handlu i usług to fikcja. Europejczycy coraz chętniej korzystają z zakupów internetowych, ale ograniczają się tylko do tych e-sklepów, które działają w ich własnym kraju. Różnica w liczbie transakcji krajowych i zagranicznych pogłębia się z każdym rokiem.
W 2008 r. 28 proc. Europejczyków deklarowało, że kupuje w krajowych e-sklepach, 6 proc. odważyło się skorzystać z witryn zagranicznych. W 2009 r. proporcja zmieniła się. Z krajowych stron skorzystało 34 proc. Europejczyków, z zagranicznych - 8 proc.
Powody tej sytuacji pozostają niezmienne od lat. Po pierwsze, Europejczycy wciąż się boją, że ich prawa konsumenckie (np. możliwość zwrotu zakupionego towaru) nie będą respektowane przez zagranicznego
sprzedawcę. A po drugie, często sami
sprzedawcy odmawiają realizacji transakcji, gdy okazuje się, że nabywcą jest obywatel innego kraju UE.
- Jednolity rynek europejski to obietnica większego wyboru i niższych cen. Niestety, ta obietnica nie jest na razie dotrzymywana, bo konsumenci są zablokowani na swoich narodowych rynkach - przyznaje komisarz John Dalli, odpowiedzialny za sprawy konsumenckie.
Unijni urzędnicy od wielu miesięcy zapowiadają, że przedstawią propozycję reformy prawa, która miałaby poprawić sytuację i zachęcić Europejczyków do kupowania online także w innych krajach. W poniedziałek Dalli powtórzył tę obietnicę, jednak konkretów nie przedstawił.
Z badań Komisji wynika, że usługą najczęściej kupowaną przez internet są wyjazdy turystyczne i pobyt w hotelu (20 proc. wskazań uczestników badania), ubrania i sprzęt sportowy (17 proc.), zabawki, AGD i RTV (13 proc.), bilety na wydarzenia kulturalne (13 proc.) oraz książki,
muzyka i filmy (12 proc.).
Komentarz na
blogue.blox.pl 