Obama idzie śladem swojego poprzednika George'a W. Busha, który pod koniec swojej kadencji chciał otworzyć nowe pola dla koncernów naftowych.
To przełomowa decyzja, która została wypracowana po długich negocjacjach z koncernami wydobywczymi, przedstawicielami lokalnych władz i ekologami. Wcześniej
USA nie eksploatowało wszystkich własnych złóż, zostawiając tkwiącą w nich ropę na czarną godzinę.
Obszar pod potencjalne odwierty zajmuje 167 mln akrów - 1 akr to ok. 4 tys. m kw. Oprócz Wschodniego Wybrzeża (z wyłączeniem okolic na północ od New Jersey) i nowych obszarów w Zatoce Meksykańskiej wydobycie ropy i gazu będzie możliwe na Morzu Beauforta u wybrzeży Alaski. Oficjalna decyzja ma być ogłoszona w środę przez Baracka Obamę w bazie sił powietrznych Andrews.
NYT podaje trzy powody, dla których rząd USA zdecydował się na taki krok. Chodzi o większe uniezależnienie się od
importu ropy i zwiększenie zysków z jej sprzedaży. Jednak być może najważniejszym czynnikiem jest chęć zyskania poparcia dla nowych ustaw dotyczących energii i klimatu ze strony senatorów - jak podaje gazeta - związanych z przemysłem naftowym, np. republikanki Lisy Murkowski z Alaski.
Z drugiej jednak strony Obama tą decyzją narazi się władzom stanów, których wybrzeża sąsiadują z nowymi obszarami. Na Florydzie i w Alabamie protestują solidarnie zarówno republikanie, jak i demokraci, wskazując na potencjalne skutki dla środowiska i turystyki. Władze tych stanów już wywalczyły gwarancje, że żadna platforma wiertnicza nie stanie bliżej niż 200 km od brzegu.
Ogłoszenie decyzji nie oznacza jednak, że powierzchnia oceanu zaroi się od platform wiertniczych.
Na rozpoczęcie odwiertów trzeba będzie czekać nawet kilka lat. Nie obędzie się bez kolejnych długich rozmów i sporów z władzami stanowymi. Najpierw tereny muszą zbadać geolodzy, którzy sprawdzą, jak bogate są nowe złoża. Ostatnie szacunki co do ilości ropy pod dnem Atlantyku są sprzed 30 lat. Według nich zapasy surowca pokryłyby całkowicie obecne zapotrzebowanie USA na trzy lata.
