Choć zarząd i RPP podają różne kwoty zysku banku centralnego, ta rozbieżność nie wynika z pomyłki. Po prostu obie strony chcą, by zysk wyliczyć w inny sposób. Inaczej podzielić pieniądze wypracowane przez bank. Zdaniem zarządu NBP,
bank centralny musi mieć jak największe rezerwy zabezpieczające przed umocnieniem złotego.
Sytuacja jest podobna do spółki, która decyduje o wypłacie dywidendy dla swoich akcjonariuszy. Zarząd przekonuje, że kwota przeznaczona na dywidendę powinna być mniejsza, bo więcej należałoby zostawić w firmie na czarną godzinę, np. gdyby wierzyciele przestali płacić, kurs waluty wypchnąłby firmę z rynków zagranicznych itp. Rada nadzorcza uważa, że na te ryzyka wystarczy kwota mniejsza, więcej zaś można dać akcjonariuszom.
Skoro czasy wciąż są niepewne i kurs złotego może zachowywać się jak na huśtawce, to może lepiej gdyby bank miał duże rezerwy i mógł skutecznie stabilizować kurs naszej waluty? Do stabilizowania kursu walut służą
rezerwy walutowe, dziś ponad 200 mld zł. To głównie bezpieczne obligacje denominowane w dolarach, euro i innych walutach.
Ale rezerwa, o której maksymalizację zabiega zarząd, to zupełnie inne fundusze! Nazwijmy je polisą. Ona ma tylko zabezpieczyć bank centralny przed stratami spowodowanymi przez umocnienie złotego. Gdy
złoty jest mocniejszy, wycena wszystkich
rezerw walutowych (czyli tych obligacji) w złotych spada i bank może nawet mieć stratę. Bank użyje wtedy polisy, by pokryć te ewentualne straty. Nie będzie jednak wpływać na notowania złotego
Kilka lat temu szef Samoobrony Andrzej Lepper nawoływał, by NBP przekazał do budżetu pieniądze z tzw. rezerwy rewaluacyjnej. Wtedy mówiono, że to narusza niezależność banku centralnego. Dziś tego lamentu nie słychać, choć i teraz budżet potrzebuje pieniędzy. Sprawy mają się zupełnie inaczej. Lepper chciał pieniędzy wirtualnych. Rezerwa rewaluacyjna (dziś już jej nie ma) była to różnica w wycenie rezerw walutowych. Jeśli w ciągu roku cena dolara wzrosła z 2 do 2,5 zł, to wartość banknotu 100-dolarowego zwiększyła się z 200 do 250 złotych.
Dziś cała sprawa dotyczy pieniędzy realnych, wypracowanych przez bank, zarobionych na lokatach i operacjach walutowych. I z tych realnych pieniędzy tworzona jest rezerwa na pokrycie ewentualnych strat w przyszłości, gdyby złoty się umacniał. Zasady rachunkowości w NBP mówią bowiem, że gdy pojawia się wirtualny zysk (czyli coś, co kiedyś funkcjonowało jako rezerwa rewaluacyjna), to nie ma on wpływu na bilans banku. Natomiast gdy wycena rezerw spada (w praktyce jest wtedy wirtualna strata), to należy ją uwzględnić w bilansie banku centralnego.
