Marcin Bojanowski: Nie korciło pana przez te lata, żeby sprzedać akcje? Były pracownik PZU: A pana by nie kusiło? Wściekałem się, oglądając przez te wszystkie lata harce polityków wokół PZU. Spędziłem w tej firmie, z krótkimi przerwami, niemal całe swoje zawodowe życie. Trudno było patrzeć, jak kolejni politycy, w większości jacyś ignoranci, ciągną nas na dno. W imię czego? Narodowego interesu? To było jakieś zbiorowe szaleństwo. Dobrze, że wreszcie się skończyło.
Ale akcji pan nie sprzedał? - Wie pan, ile zdrowia mnie to kosztowało? Dostałem sto akcji, później po splicie [podziale nominalnym akcji] zrobiło się z tego tysiąc! Początkowo nikt nie wiedział, ile te papiery mogą być warte. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, moi przyjaciele sprzedawali swoje pakiety za jakieś grosze, które starczyły im co najwyżej na nowy telewizor i meble do salonu. Ktoś inny kupił używany
samochód, pojechał na fajne wakacje. Wtedy wydawało się, że złapali pana Boga za nogi, a dzisiaj wychodzą, niestety, na frajerów.
Mnie też nagabywali pośrednicy. Dziwne typy. Wydzwaniali na mój domowy telefon, potem już bezpośrednio na komórkę. Nie mam pojęcia, skąd mieli mój numer. Największy ruch zaczynał się przed kolejnymi walnymi zgromadzeniami akcjonariuszy, kiedy ważyły się decyzje o wypłacie dywidendy. Jeden dzwonił i dawał 160 zł za akcję. Tydzień później następny już 170 zł. A potem kolejni. Na szczycie mogłem dostać pewnie i 500 zł.
Czyli pół miliona złotych... - Minus podatek. Zresztą nie wiem, czy aż tyle by mi dali za cały pakiet. Nigdy nie powiedziałem, sprawdzam, choć ludzie dookoła stukali się w głowę. Przyjaciele mówili mi: "Sprzedaj to w cholerę, rzucisz
pracę i będziesz żył z odsetek". Ale ja lubię swoją pracę, a akcje traktowałem jako zabezpieczenie na przyszłość
dla dzieci. Zresztą co ja miałbym z takimi pieniędzmi zrobić? Kupić czerwone ferrari? Kryzys wieku średniego szczęśliwie mnie ominął.
Cierpliwość się opłaciła. Z samej dywidendy dostał pan ponad 100 tys. zł. - Nawet tych pieniędzy nie widziałem. Przelew poszedł bezpośrednio na konto. Nie mam zamiaru ich ruszać. Dzieci są już na swoim, dobrze sobie radzą, mnie też niczego więcej do szczęścia nie potrzeba. Kto wie, może przydadzą się wnukom. Fajnie będzie ich zostawić z taką poduszką bezpieczeństwa.
To znaczy, że nie sprzeda pan akcji na giełdzie? - Nie śpieszy mi się. Jasne, że śledzę wszystkie doniesienia związane z giełdowym debiutem, ale za wcześnie na decyzję. Zobaczymy, jaka będzie cena i co zamierza dalej zarząd PZU.
Decyzję podejmować będą już pewnie moi synowie. Ja jestem na to za stary. Przed wypłatą dywidendy znowu zaczęły się telefony od dawno niewidzianych znajomych. Nagle wszyscy mieli do ubicia interes życia. Ja wykładam kasę, a oni już się wszystkim zajmą.
Dzwonili też jacyś pseudodoradcy finansowi. Wie pan, jak to jest w małym mieście. Namawiali mnie do inwestycji w fundusze inwestycyjne i kapitałowe. Tylko się zgodzić i patrzeć, jak miliony same spływają na konto.
Za każdym razem uprzejmie odmawiałem, a w odpowiedzi słyszałem, że będę tego żałował. Po co mi to? Szkoda zdrowia. Dlatego proszę nie podawać mojego nazwiska ani nie pisać, który oddział PZU. Łatwo mnie po tym namierzyć, a mnie się już nie chce tłumaczyć, że nie nadaję się na milionera.
