Głośny w branży internetowej spór ciągnął się od 2004 r. Tiffany pozwał eBay za to, że w największym na świecie serwisie aukcyjnym kwitnie handel podrabianymi naszyjnikami i bransoletkami. - Według naszych szacunków, aż 95 proc. biżuterii oferowanych na eBay pod marką Tiffany to fałszywki - irytował się słynny producent biżuterii.
I uznał, że skoro aukcyjny gigant na tym zarabia (z prowizji i innych opłat), to powinien za to odpowiadać.
Wyrok w pierwszej instancji zapadł dopiero w 2008 r. Sąd stanął po stronie eBay'a - uznał, że internetowy koncern nie odpowiada za to, co robią jego użytkownicy. A program ochrony znaków towarowych wdrożony przez eBay, w którym uczestniczy kilkanaście tysięcy spółek, jest wystarczający.
Tiffany argumentował, że system się nie sprawdza, bo tylko w 2006 r. jedna prawniczka firmy zgłosiła do eBay'a 135 tys. podróbek, to na ich miejsce pojawiały się zaraz kolejne aukcje.
Branża odetchnęła z ulgą, bo od lat w internecie przyjął się model, w którym serwis ma obowiązek usunąć aukcję dopiero wtedy, gdy otrzyma wiarygodną informację o tym, że narusza ona prawo. Analogiczną zasadę stosuje się do innych serwisów internetowych - np. takich jak YouTube. Tiffany chciał ten model wywrócić do góry nogami, by eBay prewencyjnie filtrował towary wystawiane na aukcjach.
Producent biżuterii odwołał się od wyroku. Ale wskórał niewiele - sąd apelacyjny w czwartek podtrzymał wcześniejszą decyzję. Uznał jednak, że eBay może odpowiadać za... wprowadzanie klientów w błąd. Tiffany dowodził bowiem, że eBay zachęcał do kupna podróbek, reklamując aukcje z biżuterią - także tą fałszywą - na stronie głównej.
Sąd pierwszej instancji ten zarzut odrzucił. Sąd apelacyjny - że sprawę fałszywych reklam należy ponownie rozważyć.
Co na to Tiffany? Słynny producent biżuterii ubolewa, że decyzja sądu "podtrzymała możliwość zarabiania eBay'a na podróbkach". Rozważy apelację do Sądu Najwyższego.
