Patrycja Maciejewicz: Życzyłby pan ministrowi finansów, by dług publiczny nie przekroczył w tym roku progu 55 proc. PKB? Andrzej Rzońca*: Ależ oczywiście, i nie tylko jemu - pani również, sobie, nam wszystkim.
Będzie łatwiej tego uniknąć, gdy NBP wpłaci do budżetu więcej wypracowanych przez siebie pieniędzy. Pan głosował za zmianami, dzięki którym ta wpłata wyniesie nie 4 mld zł, jak obliczał zarząd NBP, lecz 8 mld zł. - W żadnym momencie nie brałem pod uwagę kwoty, która trafi do budżetu. Jedyne, na czym mi zależało, to żebyśmy mieli stabilne reguły dzielenia faktycznych zysków NBP. Bo spór - zupełnie niepotrzebnie uzewnętrzniony przez zarząd NBP - dotyczy właśnie podziału zrealizowanych zysków, a nie wirtualnych, po które próbował sięgnąć rząd Millera.
To, co proponował zarząd, trudno ocenić inaczej niż jako manipulowanie regułami. Nie mogliśmy udawać, do czego w praktyce chciał nakłonić Radę zarząd, że "uwzględnianie w zerowym stopniu" jest nadal "uwzględnianiem". Jeśli dziś zgodzilibyśmy się sztucznie zmniejszyć wpłatę do budżetu, to za rok mogłoby być odwrotnie: zarząd mógłby uznać, że ryzyka zmian kursowych nie należy traktować poważnie (należy je "uwzględnić w zerowym stopniu") i nie trzeba tworzyć rezerwy zabezpieczającej przed skutkami umocnienia złotego w ogóle. Wiem, że insynuuje się nam, że jesteśmy przedstawicielami rządu w Radzie. Ja się takim przedstawicielem nie czuję. Gdyby dla Rady - jak się jej insynuuje - najważniejsza była kondycja budżetu, to wpłata z zysku wyniosłaby nie 8, lecz około 20 mld zł, bo takie były w zeszłym roku faktyczne zyski NBP. W momencie gdy przyjmuje się odpowiedzialne stanowiska, trzeba nauczyć się żyć z sytuacjami, które nie są komfortowe. Jeśli przejmuję się tymi insynuacjami, to tylko dlatego, że uderzają one w reputację banku centralnego.
Radzie postawiono zarzut, że uchwalone zmiany dopuszczają do finansowania deficytu budżetowego przez NBP, co jest zakazane. - Jest to zarzut absurdalny. Gdyby uznać go za poważny, to NBP nie mógłby wpłacać do budżetu żadnych pieniędzy. Ustawa o NBP mówi jednak jasno, że zysk jest wpłacany do budżetu i nie widzę powodu, dla którego miałby nie być wpłacany.
Większa wpłata do budżetu nie sprzyja stabilności cen. - Gdyby wpłata zysku NBP do budżetu zagrażała stabilności cen, to na początku lat XXI w., kiedy do budżetu co roku trafiały duże sumy, nie moglibyśmy mieć niskiej inflacji; z kolei w dwóch ostatnich latach, kiedy NBP nie wpłacił do budżetu nawet złotówki, powinniśmy mieć szczególnie niską inflację. Tymczasem w dwóch ostatnich latach inflacja była wyraźnie wyższa niż w latach wcześniejszych. Wpłacanie zysku NBP do budżetu nie jest i nie powinno być instrumentem polityki pieniężnej. Jest nim stopa procentowa i niech tak pozostanie. A zysk niech będzie wypłacany wedle stabilnych reguł, a nie wedle uznania.
Kolejny zarzut oponentów z Rady - to drukowanie pustego pieniądza. - To nie jest drukowanie pustego pieniądza. Większość ubiegłorocznego zysku pochodzi, mówiąc w uproszczeniu, ze sprzedaży przez NBP walut obcych po kursie wyższym od tego, po którym
bank centralny je wcześniej zakupił. Sprzedając te waluty, NBP ściągał z rynku złote, które przy wpłacie jego zysku do budżetu niejako z powrotem trafią na rynek.
Perfidia przytoczonego przez panią zarzutu polega na tym, że zawsze kiedy NBP wpłaca do budżetu jakiekolwiek pieniądze, to w ten sposób zwiększa podaż pieniądza w porównaniu do sytuacji, gdyby nie wpłacił żadnej kwoty. Ale podaż pieniądza zwiększa się z bardzo wielu różnych powodów. Chociażby wtedy, gdy rząd wymienia środki unijne w NBP. I jest to nieporównanie większy wzrost niż w przypadku wpłaty 8 mld zł zysku. Czy ten wzrost podaży pieniądza oznacza, że
Polska powinna zrezygnować z funduszy unijnych?
Czy są merytoryczne argumenty, poza prawnymi, by wpłata do budżetu była większa? - Zarząd posługuje się argumentacją, że jeśli w banku pozostanie nie 16, lecz 12 mld zł z ok. 20 mld faktycznie osiągniętego zysku, a
złoty znacznie się umocni, to na skutek wirtualnych strat wynikających ze spadku wartości w złotych rezerw dewizowych posiadanych przez bank rachunkowo wyliczane kapitały mogłyby na wiele lat stać się ujemne. I to rzekomo miałoby obniżyć wiarygodność NBP i zdolność do zapewnienia niskiej inflacji.
Tymczasem dla wiarygodności banku centralnego ważna jest przede wszystkim przyczyna powstania ujemnych kapitałów. Oczywiście, jeśli
banki centralne mają ujemne kapitały, bo przejmują toksyczne aktywa czy dofinansowują nierentowne przedsięwzięcia, to tracą wiarygodność. Tak było w wielu krajach Ameryki Łacińskiej. Jeżeli jednak ujemne kapitały pojawiają się jako zapis księgowy dlatego, że bank ma duże rezerwy dewizowe, a waluta tego kraju się umacnia, obniżając w efekcie wycenę w walucie krajowej rezerw dewizowych posiadanych przez bank, to nie ma to wpływu na wiarygodność banku centralnego. W takiej sytuacji były banki centralne np. Czech i Chile - o jednych z najwyższych reputacji w swoich regionach. W ich przypadku ujemne kapitały były ceną za sukces polityki stabilnej waluty. Jeśli ma się wysokie rezerwy dewizowe i towarzyszy temu umacnianie się kursu krajowej waluty, to trudno uniknąć ujemnych kapitałów. Twierdzenie, że powstałe w taki sposób ujemne kapitały utrudniają stabilizację cen, jest fałszywe. Wynika z niego absurdalny wniosek, że łatwiej utrzymać stabilność cen przy osłabiającej się walucie i z kurczącymi się rezerwami dewizowymi.
Myśli pan, że zarząd po prostu zrezygnuje z przekonywania, że ta uchwała jest niezgodna z prawem? - Mam taką nadzieję. Zarząd nie ma specjalnie wyjścia - zgodnie z Ustawą o NBP musi realizować uchwały RPP. Zaskakuje mnie, że uzewnętrznił konflikt w sytuacji, gdy Rada podjęła kroki, aby do końca utrzymać spór - toczący się przecież od miesięcy - w tajemnicy: usunęła możliwość różnego interpretowania zasad zawiązywania rezerwy na ryzyko kursowe, a w efekcie wyeliminowała ryzyko sporządzenia przez zarząd sprawozdania finansowego, które musiałoby zostać odrzucone przez Radę (a tego nie dałoby się już ukryć). Wierzę, że to niepotrzebne uzewnętrznienie konfliktu jest pierwszym i ostatnim krokiem zarządu mogącym budzić niepokój prostych ludzi co do wiarygodności banku centralnego.
*Andrzej Rzońca od lutego tego roku zasiada w Radzie Polityki Pieniężnej, został powołany przez Senat
