W 1990 r., tuż przed 17. urodzinami, Sergey Brin pojechał na krótką wycieczkę do swej znienawidzonej ojczyzny Związku Radzieckiego. Imperium, które opuścił jako sześciolatek, znajdowało się już w stanie rozkładu. Z Europy Środkowej powiał wiatr przemian. Ale przyszły współzałożyciel wyszukiwarki
Google wciąż pamiętał, że to ten sam kraj, który zabrał jego ojcu najlepsze lata życia. Michaił Brin nie mógł w Moskwie zrobić wymarzonej kariery astrofizyka, bo miał żydowskie korzenie. Kiedy złożył podanie o amerykańską wizę, on i jego żona stracili posady.
Idąc moskiewską ulicą latem 1990 r., Sergey przypomniał sobie, iż kiedyś był małym Siergiejem; że kiedyś mieszkał tu razem z rodzicami w ciasnym, 30-metrowym mieszkaniu należącym do babci i razem z nimi przeżywał niemal roczną udrękę oczekiwania na prawo opuszczenia socjalistycznego raju.
Gdy ujrzał radiowóz, niewiele myśląc, zaczął go obrzucać kamieniami. Miał szczęście: z samochodu wysiedli zirytowani milicjanci, ale ojciec wytłumaczył im jakoś głupotę nastoletniego syna, czym uratował go przed karą.
- Wiem, przez co przeszli moi rodzicie - powie po latach Sergey. - I jestem im wdzięczny, że przywieźli mnie do Ameryki.
Dawid z wyszukiwarką Minęło 20 lat, ale Siergiej Brin nadal ma w sobie coś z tego krewkiego nastolatka, który porwał się z kamykami na Imperium Zła. Niedawno wypowiedział wojnę Chińskiej Republice Ludowej.
Ta decyzja zdumiała udziałowców Google'a, zaimponowała Amerykanom i zdenerwowała komunistyczne władze w Pekinie. Giełdowa firma Google Inc., nie bacząc na spadek wartości akcji idący w miliony dolarów, postanowiła 23 marca zamknąć Google.cn - chińską wersję swej wyszukiwarki. Powód: władze w Pekinie nie zgodziły się na poluzowanie wymogów cenzury, której musiała się poddać firma, otwierając w 2006 r. działalność za Wielkim Murem.
Negocjacje w tej sprawie ciągnęły się od połowy stycznia. Google ogłosił wówczas, że zmienia podejście wobec Chin, bo chińscy hakerzy włamali się w
USA na jego serwery. Ofiarą ataku padły m.in. prowadzone przez Google'a konta e-mailowe należące do obrońców praw człowieka.
Styczniowa decyzja o napiętnowaniu władz w Pekinie była trudna, bo na taki gest nie potrafią się ostatnio zdobyć nawet najważniejsi zachodni politycy. Objąwszy urząd, prezydent USA Barack Obama i szefowa dyplomacji Hillary Clinton obchodzą się z coraz potężniejszymi Chinami jak z jajkiem, bo Stany siedzą u Chin w kieszeni (ogromna część amerykańskich obligacji leży w skarbcach chińskiego banku centralnego).
Decyzja o wyjściu Google'a z Chin do Hongkongu była jeszcze trudniejsza. Oznacza ona bowiem utratę perspektyw na najludniejszym i najbardziej przyszłościowym internetowym rynku świata.
A jednak Google Inc. - wbrew biznesowej logice - zdecydował się na ten krok. Według "Wall Street Journal" za wszystkim stał właśnie Sergey Brin, współwłaściciel, który w zarządzie firmy przekonał do zmiany zdania grupę zwolenników pozostania w Chinach.
W wywiadzie dla nowojorskiego dziennika Brin mówi, iż włamanie na konta pocztowe obrońców praw człowieka było "kroplą, która przelała czarę goryczy". -
Chiny dokonały wielkich postępów w walce z ubóstwem - przyznaje. - Ale niektóre aspekty ich polityki, szczególnie jeśli chodzi o cenzurę i inwigilację dysydentów, uważam za wyznaczniki totalitaryzmu. Są one dla mnie osobiście przykre.
Tak oto internetowy Dawid stanął do boju z komunistycznym Goliatem.
Nowa wiosna w Pekinie Decyzja Google wywołała ogromne kontrowersje w Chinach. Niewielka grupa internautów krytycznych wobec cenzury przebijająca się codziennie przez Wielki Mur rządowych filtrów, przyjęła wolę Google'a z entuzjazmem.
Dzięki nim serwis mikroblogowy Twitter - zablokowany przez chiński rząd - momentalnie zaroił się od komentarzy (opatrzonych tagiem #GoogleCN), w których odejście Google'a przyrównano do najczarniejszych dni w historii świata.
"23 marca 1919 r. Mussolini dał początek faszyzmowi. 23 marca 1933 r. Hitler uzyskał dyktatorską władzę. 23 marca 2010 r. Google opuścił Chiny" - brzmiał popularny chiński tweet.
Furorę zrobiła przeróbka dziecięcej
piosenki "Panie Janie" (w Chinach znanej jako "Dwa tygrysy"): "Idź prędko, Google, idź prędko, Google, nie patrz w tył, nie patrz w tył. Dojdziesz do Hongkongu, doczekasz się demokracji, wrócisz do nas, wrócisz do nas".
Znany artysta, dysydent i internetowy komentator Ai Weiwei, który wcześniej krytykował amerykański koncern za autocenzurę, teraz nie szczędzi mu ciepłych słów: "Google zasługuje na szacunek, bo kieruje się ideałem wolności informacji, a nie tylko żądzą zysku czy pragnieniem zwiększenia udziału w rynku".
Ludzie podzielający tę ocenę błyskawicznie umówili się, by 23 marca przyjść pod siedzibę Google w Pekinie i złożyć tam kwiaty. Wieczorem odśpiewano nawet antycenzorską piosenkę, a bloger Song Han napisał: „Wśród kwiatów dostrzegłem liczne dedykacje, w tym moje ulubione słowa czeskiego przywódcy Aleksadra Dubczeka, który w obliczu sowieckiej inwazji powiedział: »Mogą zdeptać kwiaty, ale nie zatrzymają wiosny”.