Znany amerykański inwestor, absolwent Harvardu, spotkał meksykańskiego rybaka. - Jak ci się żyje, amigo? - zagaił rozmowę. - Śpię do południa, bawię się z dziećmi, łowię ryby, a wieczorem piję wino i gram na gitarze z moimi amigos - odparł zadowolony z życia rybak.
Harwardczyk nie dał się zbyć. - Powinieneś więcej łowić, stary. Kupisz łódź, potem całą flotę, zamiast sprzedawać ryby za bezcen pośrednikom, otworzysz swój sklep, z czasem będziesz miał całą sieć marketów. Przeniesiesz się do Mexico City, później do Los Angeles, a nawet do Nowego Jorku, skąd będziesz zarządzał wciąż rosnącym biznesem - zachęcał.
- I co wtedy? - spytał zaciekawiony rybak. Amerykanin uśmiechnął się i odparł: - Sprzedasz swoją firmę na giełdzie i zostaniesz milionerem. Będziesz mógł przejść na emeryturę, przenieść się do małej meksykańskiej wioski, spać długo, bawić się z dziećmi, trochę łowić, a wieczorem wyskoczyć do wioski siorbać wino i grać na gitarze ze swoimi amigos.
Zwykle na początku roku akademickiego ten skecz grają kabarety na harwardzkiej scenie teatralnej. Absolwenci tej jednej z najstarszych i najbardziej prestiżowych uczelni na świecie postrzegani są zwykle albo jako bogaci dziedzice, tacy jak bohater "Love Story" Oliver Barrett IV, albo jako geniusze z przypadku, niczym Will Hunting z "Buntownika z wyboru".
Odrzucając te stereotypy, znajdujemy inny klucz do harwardczyków - daty.
2 maja 1991 24. piętro biurowca PZU przy alei
Jana Pawła II w
Warszawie. Andrzej Klesyk, szef największego ubezpieczyciela w naszej części Europy, do gabinetu wkracza tanecznym krokiem. Za chwilę przyzna z dumą, że na 120 startów w turniejach tańca towarzyskiego wygrał 50. - Ostatni konkurs, półfinały mistrzostw Polski w 1990 r., tańczyłem ze złamaną ręką, ale i tak zajęliśmy pierwsze miejsce - opowiada.
W czepku urodzony - jak sam przyznaje. Po czym, jakby chciał temu zaprzeczyć, dodaje: - W szkole średniej chciałem zostać aktorem, ale do warszawskiej PWST się nie dostałem, za co zresztą do tej pory jestem wdzięczny Janowi Englertowi, który mnie wtedy nie przyjął.
Na Harvard też się nie dostał - nie za pierwszym razem. Został jednak w Stanach i przez dziewięć miesięcy stażował w różnych firmach na Manhattanie. Po roku spróbował jeszcze raz.
- Datę pamiętam do dzisiaj, był 2 maja 1991 r., kiedy przyszedł cieniutki list z Harvard Business School informujący o przyjęciu na
studia. Byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie - mówi Klesyk. W jego słowach nie ma krzty przesady. To samo usłyszę potem od innych polskich harwardczyków.
List listem, ale na studia trzeba mieć pieniądze. Klesyk na początek potrzebował prawie 80 tys. dol. Dla Polaka niewyobrażalna suma. Miał szczęście: połowę dał absolwent MBA na Harvardzie, członek fundacji pomagającej studentom. Drugie tyle w ostatniej chwili, już po dniu zapisów, wyłożyła fundacja Financial Services Volunteer Corps.
- Żyłem z uzbieranych oszczędności, ale nie ukrywajmy: przez większą część studiów byłem biedny jak mysz kościelna - mówi Klesyk. Pracować mógł tylko w przerwie wakacyjnej, bo inaczej długo na Harvardzie by nie postudiował.
Wszystko przez system oceniania. W każdej grupie na egzaminach oblewa 10 proc. studentów, bez względu na to, jak dobrze są przygotowani. - Ciśnienie jest ogromne, bo nikt nie chce wypaść z gry - mówi Klesyk. I opowiada, że przez pierwsze miesiące spał może po trzy godziny na dobę. Kampusu praktycznie nie opuszczał.
Było warto. Po studiach na siedem lat trafił do McKinseya, jednej z najbardziej prestiżowych firm na świecie. Po powrocie do kraju współtworzył Handlobank (nieistniejące już detaliczne ramię Banku Handlowego), a potem jeden z pierwszych banków internetowych - Inteligo. Wreszcie był Boston Consulting Group i teraz PZU. Tutaj razem z innym harwardczykiem, Krzysztofem Walenczakiem z Ministerstwa Skarbu, przygotowuje debiut ubezpieczyciela na warszawskiej giełdzie. Dogadują się bez słów.
19 maja 1997 Z Krzysztofem Daniewskim umawiam się w holu warszawskiej siedziby "Gazety". Absolwent Harvard Business School, rocznik '99. Biały kołnierzyk, doradza, jak inwestować pieniądze, klientom, którzy mają co najmniej 10 mln dol. w portfelu. Przedtem pracował w największych bankach inwestycyjnych świata: Merrill Lynch, Goldman Sachs i Credit Suisse.
- Pamięta pan, kiedy dostał list z Harvardu? - pytam. - To było 19 maja 1997 r. - odpowiada bez chwili zastanowienia. Bo każdy harwardczyk, nawet obudzony w środku nocy, wyrecytuje swoją datę niczym pacierz. Jest dla nich tym, czym dla reszty dzień urodzin czy rocznicy ślubu.
Droga Daniewskiego na Harvard trwała siedem lat. Na początku lat 90. przerwał studia w warszawskiej SGPiS (dzisiaj SGH). - Spakowałem plecak, a do niego dwie książki - podręcznik do rosyjskiego i "500 dni" prof. Leszka Balcerowicza opisującą polskie przemiany gospodarcze. Z nimi i 300 dol. w kieszeni wyjechałem do Nowego Jorku. Miałem 22 lata - opowiada.
Zaczął od zmywania naczyń w należącej do krakusa Stanisława Muniaka knajpie Mangia położonej między piątą a szóstą aleją. Był też kelnerem i roznosił
kanapki po biurowcach na Manhattanie. Tych samych, do których potem pukał, szukając pracy.
Na Harvard po raz pierwszy trafił w Święto Dziękczynienia '93. Wtedy jeszcze towarzysko. Wyjeżdżając, wrzucił monetę do rzeki z nadzieją, że kiedyś tam wróci. Wrócił. Po pięciu latach, już jako absolwent St. John's University i z doświadczeniem audytora i analityka w bankach inwestycyjnych dostał się na program MBA w Harvard Business School.