Zgodnie z ustawą budżetową w 2010 r. japoński
dług publiczny wyniesie 950 bln jenów, przy PKB sięgającym 475 bln jenów. To znaczy, że na jednego Japończyka przypadnie 7,5 mln jenów długu (ok. 236 tys. zł).
To zadłużenie jest efektem wydatków związanych z walką z kryzysem. Nie tylko tym z końca 2008 r., ale też tego z 1990 r., wywołanego pęknięciem bańki spekulacyjnej na rynku
nieruchomości (giełdowy indeks stracił wtedy 80 proc.).
- Jeśli rząd nie wypuści teraz dodatkowych obligacji, do 2011 r.
Japonia będzie bankrutem - mówi serwisowi
w rozmowie z agencją AP Hideo Kumano, główny ekonomista w Dai-ichi.
Nie tylko dług publiczny doskwiera japońskiej gospodarce, ale też od lat rosnąca
deflacja i słaby popyt wewnętrzny.
Na ostrzeżenia nie zważa rząd Yukio Hatoyamy, który w 2010 r. podniósł nakłady socjalne na starzejące się społeczeństwo Japonii.
Według niektórych ekonomistów, m.in. Johna Swensona-Wrighta z Instytutu Azji Wschodniej na Uniwersytecie Cambridge (cytowanego przez "Dziennik Gazetę Prawną") Japonia - w przeciwieństwie do Grecji - nie zaciągnęła długów u obcych banków, lecz u własnych obywateli i instytucji finansowych. Nikt więc - jego zdaniem - nie zmusi jej do spłaty wierzytelności.
- Rząd nie ma problemu dopóty, dopóki istnieje stały dopływ gotówki z obligacji - mówi serwisowi Yahoo! Finance Hideo Kumano.
Gnębieni przez
deflację Japończycy są jednak coraz mniej chętni do kupowania rządowych obligacji. Rząd może więc zacząć sprzedawać swoje papiery instytucjom zagranicznym.
